Nowy cel

Ten blog nadal pozostaje w duchu kato pamiętnika. Na blogu równoległym powstanie tekst o tej samej tematyce, choć ujmie on inny aspekt. Ale nie będę Cię trzymać w niepewności, Drogi Czytelniku, znów się do czegoś przyznam.

Letni ze mnie katolik.

Zapomni się o modlitwie? Trudno. Nie ma czasu na wspólnotę? Trudno. Źle zorganizowana niedziela bez Mszy Świętej? Trudno.

Trudno = najwyżej posiedzę dłużej w czyśćcu, każdy jest grzesznikiem, jestem tylko słabym człowiekiem, odpuszczam…

Wiecie, że Pan Bóg potrafi dać kopa? Zlać na człowieka kubeł zimnej wody? Zwalić z konia (jak Szawła vel. Pawła)?

Otóż Pan Bóg dał nam drugie dziecko.

I Pan Bóg nam je zabrał.

Z tą samą łatwością z resztą, z jaką nas nim obdarował.

Imiona wybrane, chrzestni w poszukiwaniu, Zosia uświadomiona, że „dzidzia jest w brzuchu mamy”, malusie grono osób wtajemniczone, życie zaplanowane przynajmniej na kolejne 2 lata z góry i STOP. Serce się zatrzymało. To samo serce, które widziałam kilka tygodni wcześniej na USG. Widok, który ogromnie mnie wzruszył.

Moje rekolekcje ścisłe trwały 3 dni. Był post (bo wciąż trzymano mnie na czczo). Był rachunek sumienia (co zrobiłam nie tak?). Była modlitwa (bo ileż można na szpitalnym łóżku scrollować fejsa?!). I było nawrócenie (chcę robić tu na ziemi wszystko tak, by pójść do Nieba)*.

*Jedni potrzebują czegoś tak namacalnego jak relikwie, by wierzyć w świętych, w cnotliwe życie, w życie wieczne. Całują relikwie po nabożeństwach ku ich właścicielom skierowanych i wierzą. Innym potrzebna Matka Boża – zwykła, skromna kobieta, a jednak (!) Bogurodzica. Do niej się zwracają, przez nią upraszają Boga, Który w ich oczach jest zbyt wielki i majestatyczny, by do Niego bezpośrednio się zwracać. A mnie ani relikwie, ani pośrednictwo Maryi jakoś dotąd nie ruszyło, by zbliżyć się do Stwórcy.

Więc Stwórca upomniał się o moją uwagę inaczej.

Apostołowie po Wniebowstąpieniu byli zapatrzeni w Niebo. Mistrz był przy nich, nauczał to i tamto, ale ta świadomość, to doświadczenie, że On rzeczywiście wziął i wstąpił do Nieba, że wstąpił na Swój tron, to był dla nich tak po ludzku dowód, powód, by nieustannie patrzeć w Niebo i rozpamiętywać Jego słowa, by czynić, jak i On czynił.

Za wcześnie było, żebym poczuła ruchy naszego dziecka. Ale już wiedziałam, czym jest macierzyństwo, czym jest miłość do dziecka – Zosia mnie tego nauczyła. Czekałam więc na tę drugą istotę do kochania. Wyobrażałam sobie te pierwsze mimowolne uśmiechy w kierunku starszej siostry, to zaciskanie małych paluszków na moich palcach, to jak szybko będzie rosło najpierw we mnie, a później już na moich oczach. Bo widziałam ten mały zarys na ekranie USG. Bo widziałam, że JEST.

I jak ja teraz mam nie patrzeć w Niebo?! Przecież wierzę w życie wieczne. Wierzę w świętych obcowanie. Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego.

Tak po ludzku… Skoro moje (już) ukochane dziecko jest przy Nim, to jakbym mogła odwracać wzrok? Mówić sobie „trudno”?

I co z tego, że w Niebie nikt nie jest niczyim mężem, niczyją siostrą, niczyim dzieckiem? Spotkamy się. To wystarczy. Tak po ludzku.

Pan Bóg upomniał się o mnie. Uderzył w moją ludzką słabość. Opary entuzjazmu ładowanego na młodzieżowych spotkaniach i resztki dziecięcej ufności, dziecięcego zapatrzenia w Boga jako Ojca już dawno się wyczerpały. Wołałam o jakąś drogę powrotu, o jakiś sposób na przybliżenia się do Pana i oto odpowiedź.

Nie chcę współczucia. Nie chcę usłyszeć ani słowa o nadinterpretacji faktów. To, co jest w moim sercu wiem tylko ja  i Bóg. Bo On do tego serca mówi, daje temu sercu spokój, daje temu sercu nadzieję. Tą nadzieją jest wieczność i spotkanie twarzą w twarz. Przede wszystkim z Nim. Za Którym to już od dłuższego czasu tak bardzo tęskniłam.

Nowy cel? Ten sam. Od zawsze. Choć obrany ponownie. Życie wieczne.

 

 

Dał Pan i zabrał Pan. 
Niech będzie imię Pańskie błogosławione!

(Hi 1, 20b)

Reklamy