Mieć czy być?

W szafie wiszą ubrania, których nie noszę, na półkach leżą książki, po które na co dzień nie sięgam, w pawlaczu zachomikowałam… nawetniewiemco, a kilogramowe zapasy ryżu od miesięcy zalegają na półce zamiast się zużyć.

Jako dziewczynka poświęcałam długie godziny przed zaśnięciem, każdą chwilę po obudzeniu oraz czas wolny spędzany na rysowaniu, by zwizualizować sobie wymarzony dom. DOM. Tak różny od ciasnego mieszkania w bloku. Nienawidziłam swojego pokoju z meblami po kimś, tapetą po starszym rodzeństwie i przestrzenią tak małą, że łóżko wymagało codziennego rozkładania i składania, ścielenia, keyboard nie miał swojego stałego miejsca, a po zabawie mój perfekcyjnie rozmieszczony salon lalek Barbie musiał być sprzątnięty, żebym swobodnie doszła do drzwi i mogła się iść umyć.

Marzyłam o domu, w którym będę mieć pokój tak wielki, że zmieści się tam nie tylko  p r a w d z i w e  łóżko, ale i kanapa dla koleżanek, a może i własny czajnik, co by parzyć sobie herbatę we własnym królestwie.

Wyrosłam ze swojego ciasnego pokoiku. Pomieszkiwałam w akademiku, na wynajmowanym mieszkaniu, w zakonie na pokojach studenckich. Marzenie o domu pozostawało głęboko we mnie zakorzenione. DOM. W którym zgromadzę mnóstwo książek, retro szpargały z duszą, gdzie wszystko będzie miało swoje miejsce, nic nie będzie musiało być upychane, chowane, ale po prostu będzie sobie leżeć wyeksponowane.

Małżeństwo rozpoczęliśmy luksusowo. Na dwóch pokojach. 42m2! Doskwierały nam nieszczelne okna, grzyb w łazience i rozklekotane szafki kuchenne. Szybko przenieśliśmy się na 53m2, gdzie stacjonujemy do dziś. Tyle przestrzeni dla młodej rodziny? Czego chcieć więcej?

Marzenie o domu opisywałam Wam już przy okazji Chrztu naszej córki w tekście „Sakrament II”:

„Chciałabym mieć dom. Taki, w którym zmieści się stół na 12 lub więcej osób. Taki, w którym będzie się świętować sakramenty moich dzieci. Taki, do którego będzie się naturalnie przechodziło z kościoła – budynku wypełnionego wspólnotą osób wierzących do budynku wypełnionego wspólnotą mniejszą – osób kochających się, dbających o siebie, z budynku, w którym dokonuje się obrzędów, do budynku, w którym te sakramenty urzeczywistniają się na co dzień.”

Na czas rodzinnego świętowania poprzenosiliśmy meble, pozestawialiśmy stoły i upchnęliśmy całą rodzinę w jednym pokoju. Byłam hiper dumna z tego dokonania, choć nadal postrzegałam je jako rozwiązanie tymczasowe.

Roczek Zofii także postanowiliśmy świętować u siebie. Tym razem z drugiego pokoju poprzenosiliśmy wszystkie meble tak, że zmieścił się w nim jedynie stół i krzesła. Nadal utrzymywałam, że te zabiegi to z racji bycia „na dorobku”, „nie na swoim” i czekam, kiedy po prostu, na spokojnie rozłożę obrus, rozstawię naczynia bez logistycznych łamigłówek bardzo przypominających układankę Tetris, ale na realnych elementach.

I przyszedł ten moment, kiedy coraz bardziej zaczynam rozumieć, co to jest DOM. Kiedy nie tylko rzucam frazesy, ale i w pełni odczuwam. Moment, w którym tęsknoty hierarchizują wszystkie potrzeby.

Na naszych 53m2 mieszczą się nienoszone ubrania, nieczytane książki, niechciane sprzęty, nieużywane zabawki. A mi wciąż ciasno. Wciąż się duszę.

To za czym tak na prawdę tęsknię to wolność.

Wolność w decydowaniu jakiego koloru chcę ściany. Wolność w decydowaniu o wyrzuceniu boazerii na śmietnik. Wolność w przykręceniu każdej śrubki. Wolność w opłatach za kąt do życia. Wolność w przestrzeni.

Przestrzeni, którą widzę za oknem, do której wychodzę przez drzwi.

Krótko po przeprowadzce tutaj do mieszkania i tutaj na ten adres bloga opisałam Ci, Drogi Czytelniku, moje pierwsze wrażenia w tekście „Klatka„:

„Mieszkam w bloku. Mój blok usytuowano między innymi. Wyglądam przez okna z jednej strony mieszkania i widzę ścianę pełną cudzych okien, z drugiej widok urozmaicają balkony o wymiarze 1×2 m bez kwiatów (podobno jeszcze nie sezon) – relikt własnego kawałka ogródka. Czuję się trochę osaczona betonem i drugim człowiekiem, którego nie znam. To moja aktualna klatka, do której próbuję się przyzwyczaić.”

Nie przyzwyczaiłam się. Nie lubię ciągać mojego dziecka spowrotem na chodnik, gdy tak bardzo chce eksplorować zieleń trawników. Trawników pełnych psich kup, bo po co się schylać? Bo i tak się rozłoży?

Nie przyzwyczaiłam się. Nie lubię zasłaniania okien, kiedy popołudnie zaczyna wpadać dopiero w szarość, a zapalone światło uwypukla każdy gest, każdy ruch dla przypadkowego gapia.

Nie przyzwyczaiłam się. Nie lubię blokowiska, choć żyję w nim od urodzenia.

Tęsknota za tą wolnością, tęsknota za naturą spowodowały we mnie fascynację małymi (a co za tym idzie – finansowo osiągalnymi) domami, w których każdy sprzęt ma swoje ciasne miejsce, swoje konkretne i użyteczne przeznaczenie, a logistyczne łamigłówki wymagają mistrzowskiego poziomu zaawansowania.

Wiesz, Drogi Czytelniku, dla tego kawałka trawy za oknem jestem w stanie poświęcić moją dumę – sprawny (i nieużywany) gramofon z tubą, mój (sporadycznie włączany) adapter i ozdobę obecnego „salonu” – przeszkloną szkolną apteczkę. Jestem w stanie poświęcić największe dotąd wnętrzarskie marzenie o długim stole niepotrzebującym rozkładania i o skandynawskim łóżku-domku dla Zosi.

Być czy mieć. Mieć kawałek blatu roboczego w kuchni, by wspólnie piec placki, kawałek kanapy, by zapraszać przyjaciół, kawałek ogrodu, by móc o poranku stanąć bosymi stopami na trawie… Mieć trochę, mieć mało, ale bardziej być, aniżeli mieć! To moja nowa filozofia. To moje nowe marzenie.

I dzielę się nim z Tobą, Drogi Czytelniku, bo świat oszalał. Jutro pierwsza niedziela nie-handlowa w naszym kraju, a kolejki do kas, przepełnione koszyki i tłoki w galeriach handlowych pokazują priorytety społeczeństwa. Ja sama zabezpieczyłam tę niedzielę trochę bardziej, niż zwykle. Tym razem na pewno nie zabraknie mi chleba i czegoś słodkiego na poobiedni deser. Dotąd funkcjonowała w trybie: „A, najwyżej się kupi!” i się kupowało. Obeszłoby się? No, pewnie! Jajecznica z waflami kukurydzianymi zamiast standardowego śniadania, namoczony w mleku i podsmażony chleb posypany cukrem zamiast ciastek, ryż z jabłkiem i cynamonem na kolację… To też logistyczna łamigłówka, ale nie wymagająca niewiadomojakogromnych nakładów czasu, wysiłku, zasobów. Takie łamigłówki pamiętam z rodzinnego domu i dziś jestem za ten czas i to główkowanie wdzięczna.

Może tak miało być? Może te 27 lat mojego życia to proces, który doprowadzi mnie po prostu do bycia „tu i teraz” bez miliona gadżetów, zagłuszaczy, przeszkadzaczy. Do takiego „tu i teraz” – bycia w zgodzie ze sobą, z naturą i Bogiem. Wcale nie w ubogiej, gołej celce, ale „minimalistycznej” przestrzeni z wielkimi oknami, roślinami zawieszanymi w makramach i wzorzystymi poduszkami na sofie. Bo „być” nie oznacza wcale „nie mieć”. Po prostu „mieć mniej” oznacza „mieć więcej”. Niekoniecznie tracąc na jakości. I do takiego „mieć” chcę dążyć, by „być”. Życz mi powodzenia, Drogi Czytelniku!

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Mieć czy być?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s