Ten trzeci

Nie mam bladego pojęcia jak funkcjonowałoby nasze małżeństwo, gdybyśmy mieli być tylko we dwójkę. Nie wiem, jak wyglądałyby nasze kłótnie, nasze marzenia, nasze rozmowy, nasze cele. Czy byłoby łatwiej? Podobno tak. Podobno tylko we dwójkę czuje się wolność, nie jest się obarczanym nakazami i zakazami. Podobno tylko we dwójkę łatwiej być szczęśliwym.

A my żyjemy we trójkę. I nie mam tu na myśli naszej pięknej Zofii. Zofia, Damian i Ania to rodzina. Bóg, Damian i Ania to małżeństwo. Bo to właśnie, decydując się na wspólne życie, zaprosiliśmy Pana Boga do naszego małżeństwa, a w efekcie i do naszej rodziny.

Jeśli chcesz dowiedzieć się, jak się z moim mężem poznaliśmy, to historia naszej drogi do siebie jest o wiele dłuższa i o wiele bardziej złożona, niż by się chciało o tym komukolwiek słuchać, Drogi Czytelniku. Bez wątpienia jednak możemy stwierdzić, że na tej drodze do siebie nie byliśmy sami. Ktoś nam towarzyszył. Czasem szturchał w żebra. Czasem popychał. A czasem może i przeprogramowywał GPS.

Jeśli chcesz wiedzieć, jak wyglądał początek naszego związku, czy ktoś tu kogoś poprosił o „chodzenie” (swoją drogą śmieszy mnie to określenie – ilekroć go użyję, mam ochotę zapytać „dokąd” to „chodzenie” zmierza), czy to była miłość od pierwszego wejrzenia, to już krótsza opowieść. By choć w lekkim stopniu zaspokoić Twoją ciekawość, a zarazem zaświadczyć o nieznanym mi wówczas, ale Czyimś misternym planie, wspomnę tylko kilka chwil, niczym kilka kadrów z zakurzonych fotografii.

Otóż w 2014 roku odbywało się pewne międzynarodowe spotkanie, którego uczestnikiem byłam ja, a o sfilmowanie relacji którego został poproszony mój małżonek. Znaliśmy się już wtedy, spotykaliśmy od czasu do czasu przy okazji różnych okoliczności. Jednak to konkretne spotkanie było inne. Nie rozmawialiśmy ze sobą prawie pół roku. Można by było nawet nazwać ten stan „skłóceniem”. W programie tamtego spotkania, była m.in. wizyta w Auschwitz. Nie odwiedzałam obozu po raz pierwszy, ale miejsce to oddziałuje na mnie za każdym razem tak samo. Na fali tego oddziaływania, podeszłam do mojego męża i wyciągnęłam dłoń z przeprosinami. Już nie ważne za co, nie ważne kto zaczął. Nie potrafiłam i nie potrafiłabym trwać w milczeniu, w pochmurnym nastroju z kimkolwiek w obliczu tragedii tego miejsca przypominającego do czego wiedzie gniew, tym bardziej gniew nieuzasadniony. Oczywiście sytuacja była przedramatyzowana, bo mój biedny małżonek był przekonany, że to ja się z nim zadawać nie chciałam i nie chcę, więc postanowił trzymać się z daleka i nie podjudzać mojej niechęci swoją obecnością. Tragikomedia… Przeprosiny przyjął, choć także sam nie wiedział kto, co i jak. A ja się cieszę, że się złamałam. Że złamałam to swoje ludzkie, słabe, zatwardziałe ego. Nie sama oczywiście. Nie tylko dzięki przebywaniu w miejscu, które niegdyś było piekłem na ziemi. Popchnęło mnie do tego  między innymi sumienie. Szturchnął mnie w żebra Ktoś mocniejszy, mówiąc: „Czym jest ta chwila przeprosin w porównaniu do wieczności pokoju w sercu?” i dodał: „Ja tu jestem. Odwagi!”. Być może w tamtej chwili nie rozważałam tego tak głęboko. Nie widziałam sensu całej sytuacji, ale…

Od tego „przepraszam” wszystko się zaczęło. Kilka godzin rozmów telefonicznych. Kilka godzin wspólnych wspomnień. Kilka godzin nadgonienia, co się w naszych historiach wydarzyło. Kilka godzin potrzebnych do odkrycia, że w tym okresie „ciszy” czegoś nam okropnie brakowało. Może kogoś? A potem było już spotkanie twarzą twarz, wiele mieszających się emocji: strach, ekscytacja, nadzieja, znów strach, ale już o coś innego i znów radość, bo „tak może miało być”. Miałam totalny mętlik w głowie, plątał mi się język i cała (dosłownie!) drżałam z nerwów. Pamiętasz ten wpis, Drogi Czytelniku, w którym dzieliłam się z Tobą wspomnieniem rekolekcji i jutrzni o poranku w garażu przerobionym na jadalnię? Chwyciłam za rękę mojego chyba-już-lub-jeszcze-nie chłopaka i zaciągnęłam w miejsce, w którym mogliśmy pobyć razem, ale osobno. Miejsce, w którym mogliśmy porozmawiać, choć nie ze sobą. Uciekłam do azylu. Mogłabym uciec sama, ale nie chciałam. Mogłam poprosić o chwilę odosobnienia, ale nie chciałam. Przedstawiłam Panu Bogu moją intencję in personam. Tu i teraz – tak bardzo namacalnie.

[Możesz pomyśleć sobie, Drogi Czytelniku, że wszystko to się stało z mojej inicjatywy. Wiedziona doświadczeniem i nie chcąc sprostowywać kolejnego tekstu, uprzedzam: przedstawiam Ci moją wersję wydarzeń, obraz z mojej perspektywy. A raczej tylko dwa wycinki tego obrazu. Wycinki, które zaświadczają o tym, że widziałam i widzę Pana Boga jako nie tylko fundament mojego małżeństwa, ale jako tę trzecią Osobę (może poprawniej by było napisać „pierwszą”?) w naszym związku. To samo mógłby powiedzieć mój małżonek, choć pewnie wspomniałby na inny moment, wybrałby inne wydarzenie, które to właśnie wg niego lepiej zilustrowałoby to zawierzenie Górze naszej Miłości.]

W tamtej chwili, w tamtej kaplicy miałam mnóstwo wątpliwości. Nie chciałam, żeby decyzja przez nas podjęta była tylko podjęta przez nas. Ja starsza, on młodszy. On na wylocie szkoły, ja na wylocie studiów. On tu, ja tam. Oboje bez pieniędzy na bilety, bez dni wolnych, bez sensu? No, nie! Właśnie sens gdzieś w tym wszystkim był. Był mój „młodzieńczy” entuzjazm i jego „dojrzała” powaga. Był jego wylot ze szkoły i mój wylot ze studiów. Był tu, a ja tam, ale nadal w granicach jednego państwa i nie na stałe. Było też zaufanie, że możemy wszystko, bo ktoś (lub Ktoś) nam pomoże. I wiesz co, Drogi Czytelniku? To zafanie nigdy nie zostało zdradzone.

… wy zrozumcie to całym sercem i całą duszą swoją, że ze wszystkich wspaniałych obietnic, które dał wam Pan, Bóg wasz, ani jedna nie zawiodła: wszystkie wam się spełniły; żadna z nich nie okazała się próżna.” (Joz, 23, 14b)

Tak naprawdę, tamto spotkanie w ogóle miało głęboki sens. Dokładnie na kilka dni przed nim przepłakałam cały dzień i wezwałam pewnego świętego na pomoc. Mój głód uczuć, ciągłe zakochiwanie się bez wzjamności, pragnienie założenia rodziny przekroczyło próg mojej wytrzymałości. Zachowałam się jak żyd Tewje (pamietasz, Drogi Cztelniku, sławne:”Panie Boże, no ja się nie skarżę. Najwyżej, zdechnę z głodu z twoją pomocą” ze „Skrzypka na dachu”?), wykrzykując w myślach, ale bardzo głośno i dosadnie, co i dlaczego mi leży na sercu.

On schylił się nade mną i wysłuchał mego wołania. Wydobył mnie z dołu zagłady i wyciągnął z kałuży błota, a stopy moje postawił na skale i umocnił moje kroki. I włożył w moje usta śpiew nowy…” (Ps 40, 2b-4a)

Pan Bóg od zawsze był w naszym życiu. Był także obecny w naszej przyjaźni, później w naszym związku. Kiedy ślubowaliśmy sobie Miłość przed rodziną i bliskim, ślubowaliśmy w kościele. Nie dla białej sukienki, welonu i tradycji. W pełni świadomie ślubowaliśmy sobie przed Bogiem, jednocześnie zapraszając Go do współtworzenia naszego małżeństwa.  Pozwól, że przypomnę Ci, Drogi Czytelniku, fragment mojego opisu przeżyć tamtego dnia:

„Nigdy w życiu nie byłam tak spokojna i radosna! Nie rozpraszała mnie przydługa suknia, bukiet w ręku (nie rozumiem tej tradycji), ani wzrok gości. Ba! Własny (przyszły) małżonek mnie nie rozpraszał. Skupiałam się na chwalebnym krzyżu Zmartwychwstałego Pana i czułam spływającą z niego na nas łaskę. I ta możliwość bycia tak blisko ołtarza! Nawet uśmiechy zaproszonych księży nie były w stanie wybić mnie z przeżywania tego momentu. Chyba po raz pierwszy w życiu liczyło się to, co jest tu i teraz. I nic więcej. Nie było rozpamiętywania przeszłości, nie było lęku przed przyszłością. Tylko i wyłącznie tu i teraz. Bardzo piękny i intymny moment tworzący z naszej pary trójkąt: Ja – Małżonek – Bóg (zwizualizuj sobie, Drogi Czytelniku).”

Źródło: www.okiemsary.wordpress.com/2016/06/28/ach-co-to-byl-za-slub

I tu nie ma miejsca na lukier. Uwaga! To, że zaprosiliśmy Pana Boga do naszego małżeństwa nie oznacza, że Pan Bóg w tym małżeństwie odwali za nas całą robotę i nastanie wśród nas jedność, pokój, miłość małżeńska. Zaproszenie Pana Boga do małżeństwa to otwarcie się na Jego działanie, prośba o uzdatnianie nas do jedności, pokoju, miłości małżeńskiej. A to wcale łatwe nie jest, bo my jesteśmy słabi, różni, jesteśmy (tylko i aż) ludźmi. To ciągła i nieustanna praca dwójki słabych i różnych ludzi.

Ale hej! Nos do góry! On nas uzdatnia do przekraczania siebie. Do każdorazowego wyciągnięcia do siebie ręki, choć to dla nas trudne, do każdorazowego uśmiechu, choć nam się nie chce, do każdorazowego telefonu w drodze powrotnej do domu, czy nie potrzebujemy czegoś ze sklepu, choć nie mamy siły, do każdorazowego rozpakowania zmywarki, choć przecież może to zrobić ta druga osoba.

On dodaje mocy zmęczonemu i pomnaża siły omdlałego.” (Iz 40, 29)

Pan moją mocą i tarczą! Moje serce Jemu zaufało: Doznałem pomocy, więc moje serce się cieszy i pieśnią moją Go sławię.” (Ps 28, 7)

Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie.” (Ga 2,20)

Nie mam bladego pojęcia jak funkcjonowałoby nasze małżeństwo, gdybyśmy mieli być tylko we dwójkę. Nie wiem, jak wyglądałyby nasze kłótnie, nasze marzenia, nasze rozmowy, nasze cele. Czy byłoby łatwiej? Moim zdaniem, według tego, co doświadczyłam – nie. To On nas uzdatnia do przekraczania swoich słabości. To On nas uzdatnia do kochania drugiego człowieka. To On nas uzdatnia do patrzenia w jednym kierunku. To On – Bóg – Ten trzeci.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Ten trzeci

  1. Chciałoby się dodać jedynie „Amen” na zakończenie. 🙂
    Fajnie, że zarysowałaś Waszą całą historię. Chociaż jej skrawki czytałam już w różnych miejscach to jednak wszystko razem najlepiej składa się w całość – szczególnie jeśli chodzi o Boże działanie w naszym życiu.
    Wczoraj pisząc swój tekst, zastanawiałam się, czy słowo „uzdatnia” istnieje, ale widzę, ze nie zrobiłam błędu. 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s