Jakoś leci, do przodu

joshua-ness-225844W końcu! Nareszcie! Mój ulubiony temat: małżeństwo jest trudne. Cholernie trudne! Mogłabym o tym pisać i pisać. Wbrew pozorom nie dlatego, że lubię narzekać (a lubię). Wbrew pozorom nie dlatego, że moje małżeństwo jest wyjątkowo trudne (a jest). Wbrew pozorom nie dlatego, że mam dość przesłodzonego wizerunku małżeństwa w mediach, social mediach, a nawet w niedzielnych kazaniach (a mam).

Małżeństwo jest trudne, cholernie trudne, bo jest zderzeniem dwóch osobnych bytów. Ja – Ania z takiej a takiej rodziny, z takimi a nie innymi doświadczeniami, z taką a taką (uwaga!) wizją małżeństwa wzięłam sobie za męża Damiana z takiej a takiej rodziny, z takimi a nie innymi doświadczeniami, z taką a taką (uwaga!) wizją małżeństwa.

„Mogliście to obgadać przed ślubem!”, „Trzeba się było tak szybko hajtać?” – powiesz, Drogi Czytelniku. Ale myśmy to wszystko obgadali, patrzyliśmy (jakie to romantyczne!) w tym samym kierunku, namalowaliśmy tę samą wizję rodziny, przyszłości. Ale jak to się ma do zostawiania otwartego szamponu pod prysznicem, zapominania o przepełnionym worku śmieci, (nad)godzin przeznaczonych na rozkręcanie firmy czy cieknącej wanny na wynajmowanym mieszkaniu? Owszem, stworzyliśmy sobie fundament, zarysowaliśmy kształt naszego bycia małżonkami, bycia rodzicami, ale w zderzeniu z rzeczywistością wyszło, co wyszło i wychodzi, co wychodzi.

Nie jest to powodem do rzucenia obrączki w kąt i spakowania toreb z ubraniami – do czego z resztą Wam się w zeszłym roku przyznałam, pisząc o gorzko-słodkim smaku małżeństwa. Rzucałam tą obrączką i pakowałam te torby, bo to bardzo wymowne gesty. Mówią więcej, niż słowa. Ilekroć posuwałam się do tej dramy, powtarzając w głowie mantrę „mamdośćmamdośćmamdość…”, tylekroć nie mogłam sobie wyobrazić, co by było, gdybym rzeczywiście przestała nosić obrączkę (metafora) i wyszła z tymi torbami za próg drzwi. Nie to było moim pragnieniem. Moja drama była wołaniem o pomoc, o zatrzymanie się, o dialog. Dzięki Bogu, mój mąż to rozumiał, nie dolewał oliwy do ognia, ale gasił ten koktajl mołotowa zanim wybuchłby prawdziwy pożar.

Pójdę w trywializm, Drogi Czytelniku, cytując porzekadło: „Bez pracy nie ma kołaczy”. Nie ma i już. Nie uciekniesz przed wytężonym wysiłkiem, godzinami dyskusji, wybuchami emocji, by (współ)tworzyć piękne i szczęśliwe małżeństwo.

Naprawdę, naprawdę irytuje mnie ten małżeński lukier (zwłaszcza) na Instagramie. „Tu się uśmiechamy, bo jesteśmy na randce”, „Tu się uśmiechamy, bo powiesiliśmy nową ramkę na ścianie”, „Tu się uśmiechamy, bo zjedliśmy ciastko”. Jeśli zapcham sobie mózg takim kontentem wizualnym, a jak wiadomo – w dobie smartfonów jesteśmy najbardziej wzrokowcami, jeśli uznam ideologię, że „jesteśmy tacy szczęśliwi dzięki Panu Bogu”, a jak wiadomo – odniesienie do religii działają na mnie – katoliczkę dość wymownie, to załamanie nerwowe gotowe! Bo moje małżeństwo nie jest jak to z Instagrama. Bo mnie to chyba Pan Bóg nie kocha skoro moje małżeństwo nie jest jak to z Instagrama. Bo ze mną to jest chyba coś nie tak skoro moje małżeństwo nie jest jak to z Instagrama, a na dodatek to mnie chyba Pan Bóg nie kocha skoro… Eh. Za tymi kadrami. Za tymi słowami. Jest COŚ więcej. Te kadry. Te słowa. To tylko kilka sekund z niezliczonej ich ilości.

Lubię prawdę. Nie narzekanie. Nie lukrowanie. Po prostu. Kiedy ktoś pyta, co u mnie słychać, zawsze mam problem, co odpowiedzieć. Teraz mam wymówkę – mogę pozachwycać się Zosią. Ale gdy ktoś drąży dalej? Przyjęło się, żeby nie wynosić spraw małżeńskich poza małżeństwo i staram się usilnie tego trzymać – mam pretensje do męża, więc to mąż o nich usłyszy. Przyjęło się, żeby opowiadać o sukcesach, dokonaniach, ale ja lubię przeżywać sukcesy i dokonania z moim mężem – już nawet nie sprawia mi radości wrzucenie zdjęcia dla lajków i uznania do Internetu. Zatem, co mogę odpowiedzieć? „Jakoś leci’? „Do przodu”? Tych dwóch używam nagminnie i zamiennie. Bo źle nie jest. Fantastycznie też nie jest. Mój mąż prowadzi firmę, która pochłania większość jego czasu, nawet tego przeznaczonego na sen. Ale kocha to. Przekuł pasję w pracę. Prawda brzmi – ciężko mi znieść jego godziny przy komputerze. Mój mąż jest freelancerem. Pracuje z domu. Dzięki temu, mogę go oderwać od pracy w każdej chwili. Prawda brzmi – pomaga mi przewijać uciekającą Zosię, odciąża mnie przy zniesieniu jej na spacer. Innymi słowy: „jakoś leci”, „do przodu”. „Jakoś”, bo nie jest idealnie, ale nie jest też źle. „Do przodu”, bo się nie cofamy, ale trwamy w słowach przysięgi małżeńskiej – jesteśmy względem siebie kochający, wierni i uczciwi, trwamy razem z perspektywą „aż do śmierci”.

I nigdy zapewne nie powiem, że jestem szczęśliwa w małżeństwie. Bo mam dość ponure usposobienie, jestem słabym człowiekiem, lubię filozofować i szukać dziury w całym. Bo w sumie, co to oznacza „być szczęśliwym”, „być spełnionym”?

I nigdy zapewne nie udzielę Ci porad, Drogi Czytelniku, jak mieć szczęśliwe małżeństwo, jak być szczęśliwym małżeństwem. Nawet nie ośmielę się wysnuć teorii na temat szczęśliwości małżeństwa.

Zachęcę Cię jednak, byś podtrzymywał stan „jakoś leci” i pracował nad Waszym „do przodu”. Będą fajerwerki? Fantastycznie! Będzie burza? Trudno – zdarza się. Nie ma fajerwerków? To znaczy, że nie jest źle. Nie ma burzy? To znaczy, że jest dobrze. Dopóki jecie wspólne posiłki, sypiacie w jednym łóżku i znajdujecie choćby najbardziej błahy temat do rozmów… Jakoś leci. Dopóki walczycie o wspólną przyszłość, troszczycie się o siebie, okazujecie sobie szacunek, to wszystko idzie w dobrym kierunku… Do przodu.

Tylko tyle i aż tyle. Ale nie zrozum mnie źle, Drogi Czytelniku, nie sztuką iść po najniższej linii oporu, bez zaskakiwania drugiej połówki, bez czynienia chwil wyjątkowymi. Kiedy jednak brak sił, czasu lub chęci, co stanowi większość naszej codzienności, to podtrzymywanie stanu jakoś leci i do przodu stanowi już dość duży wysiłek, a zarazem sukces małżeński. Nie odpuścić. Być i chcieć być razem. Być całym sobą dla tej drugiej osoby. Bezwarunkowo. Bezterminowo. Bezinteresownie. Jakoś i do przodu.

*

Wpis powstał w ramach projektu Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa w Internecie organizowanego przez Mocem.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Jakoś leci, do przodu

  1. Małżeństwo to ciągła sztuka kompromisów która wymaga czasami bardzo wiele. Sama tego doświadczam. Kiedy dochodzi do tego zmęczenie po nieprzespanych nocach kiedy to trzeba było usypiać małą przez 2-3h to już w ogóle masakra. Ale mój śp Tata powiedział kiedyś podczas mojej kłótni z Mężem: „Musicie ze sobą rozmawiać i nie ma dyskusji”. Dzięki rozmowie małżeństwo staje się łatwiejsze i bardziej zrozumiałe.
    Nie bez powodu przyrzekamy sobie miłość na każdą chwilę.!

    Polubienie

  2. Przykro mi, że małżeństwo Cię rozczarowało. Te wszystkie instagramowe przesłodzone zdjęcia tak okrutnie na Ciebie działają, bo tego wszystkiego nie ma w Twoim życiu. Poddajesz w wątpliwość szczerość tych kadrów. Na pewno spora cześć tego jest pod lajki, ale przeciez tez spora czesc jest prawdziwa.
    Zreszta nie wiem. Nie siedze w instagramie.
    Moze to i dobrze, bo nie mam wygorowanych oczekiwan.

    Smutny to tekst. Trzymaj się!

    Polubienie

    1. Drogi Czytelniku, moje czy w ogóle małżeństwo mnie nie rozczarowało. Nigdzie takiej tezy nie postawiłam. Wręcz popełniłam swego czasu tekst, w którym mówię o tym jasno: https://okiemsary.wordpress.com/2017/02/14/gorzkoslodkismak/ i nawiązuję do jeszcze wcześniejszego: https://okiemsary.wordpress.com/2016/08/05/lozkowe/.

      Drogi Czytelniku, jeśli nie poddajesz się manipulacji z kolorowego ekranu, kolorowych czasopism, jeśli jesteś odporny na Internetowy kontent pełen samozwańczych mówców motywacyjnych przedstawiających świat, jakim go sobie wymarzymy, o ile tylko się postaramy, to mam Ci czego pozazdrościć. Społeczność Instagrama jest okrutna. Lubi wyidealizowane, wyretuszowane kadry ,uśmiechnięte rodziny w markowych ubraniach i wnętrzach jak z katalogu oraz ładne pupy i fit śniadania. Jeśli nie jest się w kanonie, ciężko zebrać feedback jakikolwiek. Nie ma Cię tam – Twoje szczęście! Ja jestem, jestem bombardowana i owszem, nie umniejszam szczęścia uśmiechniętych rodzin, które te kadry publikują, ale zważam na to jaki obraz małżeństwa czy rodzicielstwa kreują. Ten sam, który kreują komedie romantyczne. A życie, cóż, Drogi Czytelniku, życie to orka na ugorze i potrzeba stawania w prawdzie. A prawda to dwie strony medalu. Nie tylko ta jedna.

      Nie siedziałam nad tekstem, roniąc krokodyle łzy. Siedziałam nad tym tekstem z dużym poczuciem pokoju w sercu. Oto postanowiłam napisać szczerą prawdę, podzielić się tym, co mi w duszy gra. Bez owijania w bawełnę. Bez słodzenia i bez narzekania. Tak, jak czuję. Szkoda, że odebrałeś to inaczej, Drogi Czytelniku.

      Tu i ówdzie spływają do mnie komentarze z podziękowaniem za ten tekst, za jego przekaz. Nikt mi nie współczuje. Cieszę się, że jednak do większości odbiorców moich treści dotarła moja myśl niezniekształcona przez pryzmat własnych osądów. Bo osąd, że w moim życiu nie ma tych wszystkich lukrowanych momentów jest dopiero smutny. Nie wiem, czy małżeństwo nielukrowane drogą kolacją, tanim oglądaniem netflixa, spontanicznym wyjściem do kina czy planowanym randkowaniem w Rzymie długo by przetrwało pogrążone w smutnej i szarej codzienności. A moje ma się dobrze. Do przodu!

      Czego i Tobie w życiu życzę,
      Ania

      Polubienie

  3. No tak, wpis dość gorzki i trudny, rzeczywiście 🙂 Odwołam się do dwóch rzeczy, a w zasadzie do trzech, bo są mi najbliższe. Z racji zainteresowania prowadzę blog i Instagram i rzeczywiście można zauważyć wysyp nagły kont na temat małżeństwa, Boga, tego jakie to wszystko wspaniałe. I to jedna strona medalu, bo jest. Ale szkoda, że czasem nie pokazuje się też drugiej strony. Autorzy pytają „po co”, skoro propagują pozytywną stronę małżeństwa. A ja myślę „po to, bo obserwują was młodzi ludzie, studenci, którzy zapatrzą się z was a potem będą rozczarowani tym że ich małżeństwo nie jest takie… Instagramowe”. I bach, buch rzeczywistość ich porwie. Takie moje zdanie. Obietnica dana sobie przed ślubem, jeszcze przed narzeczeństwem, która u nas ciągle trwa, niezerwana, mimo kilku poważnych sytuacji: nigdy nie rzucę obrączką, nigdy się nie spakuje. Ani ja ani mąż. I trwamy w tym. Oby zawsze. To chyba dla nas jakaś granica nie do przekroczenia. A co do szczęśliwości: jestem. Myślę, że szczęście to stan w którym można trwać niezależnie od sytuacji zewnętrznych. To trudne, ale na pewno możliwe. Wiadomo: dziecko chore, mąż wkurza, teściowa zawaliła, a tutaj przeprowadzka, poród czy cokolwiek, głupia praca nawet. Ale kiedy siadam wieczorem patrze na męża, na to co przeżyliśmy, kiedy się modlę, patrze na swój brzuch, jestem szczęśliwa. Gdzieś mam wtedy te nie umyte naczynia, gadanie szefa, czy wstawanie do sikania 4 razy w nocy. Jestem szczęśliwa bo mam swoją małą rodzinę. To jest moje szczęście. Ale każdy musi swoje odkryć sam 🙂

    Polubienie

  4. Zawsze dobrze przeczytać wiarygodne, bo przeżyte sobą wypowiedzi. Bez lukrowania rzeczywistości i bez narzekania na nią, a o jedno i drugie w internecie nadzwyczaj łatwo. Krzepisz niełatwym pokrzepieniem. To zawsze warto robić.

    Polubienie

  5. Bardzo lubię szczere teksty Twoje czy Ewy z Mocem. Są prawdziwe. A ja nie cierpię lukrowania:) Natomiast samej trudno mi się piszę, kiedy tkwie w melancholii i wątpliwościach… A chciałabym pisać tak od serca. Może niedługo do tego wrócę:)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s