Blogerski coming out

Przyznam Wam się – zawsze chciałam być takim katolickim blogerem, którego wpisy się udostępnia, którego się zaprasza na rekolekcje, który doświadczył i wie. Zwłaszcza w temacie rodziny, w temacie małżeństwa.

Tymczasem zaraz miną dwa lata od naszego sakramentalnego „tak”, a ja wiem zaledwie tyle, że małżeństwo to ciężka praca, zabijanie swojego egoizmu to ogromny wysiłek, a autorytetem dla innych można się stać, gdy to ci inni na ten autorytet nas wybiorą (wg gombrowiczowskiej teorii stwarzania).

A jesteśmy ludźmi. Jesteśmy omylni. Jesteśmy marnością. Nie omnibusami.

W dobie społeczeństwa ekspertów trzeba się z tym bardzo mocno liczyć, że [jako blogerzy/vlogerzy] możemy być odbierani zero jedynkowo, możemy zaważyć na czyichś decyzjach albo też nasze potknięcie może zaważyć na kreowanym przez nas wizerunku. W świecie realnym podczas dyskusji, mało kto jest traktowany tak bardzo serio, jak w świecie wirtualnym ktoś, kto w stopce jest podpisany „bloger parentingowy”, „vloger katolicki” itd. A to są ci sami, omylni, błądzący, wciąż uczący się ludzie.

Zawsze podkreślałam, że moje miejsce w sieci, to po prostu moje miejsce. Tylko tyle i aż tyle. Nigdy nie oglądałam się na statystyki. A jednak – w moim sercu gościło opisane powyżej pragnienie -być kimś, kogo się cytuje, kogo się zaprasza… Czasem nawet pytałam się: „Boże, dlaczego? Przecież mam coś do zaoferowania! Przecież nie jestem gorsza niż ci czy ci”. Jednak moja „kariera” katolickiej blogerki żadną karierą nie była. Nie jest.

I wiecie co? Wcale nie jest mi z tym źle.

Źle bym się czuła, gdyby ktoś traktował moje wypowiedzi jako eksperckie. Źle bym się czuła, gdyby pisali do mnie fani/followersi/obserwatorzy (niepotrzebne skreślić), a nie blogowi znajomi czy nawet przyjaciele (bo przecież z wieloma z Was, Drodzy Czytelnicy, łączy mnie już coś więcej, aniżeli tylko wymiana kilku komentarzy). Źle bym się czuła, gdyby przypłynęła do mnie fala bezsensownego hejtu, pojawiająca się zawsze tam, gdzie statystyki kipią, a treści zyskują szeroki odbiór (kiedyś na Instastories zwierzyłam Wam się, że na hejt w żadnej postaci nie jestem gotowa i nie byłabym w stanie go znieść). Źle bym się czuła, gdyby praca nad moim małżeństwem odbywała się w e-przestrzeni publicznej zamiast w czterech ścianach mieszkania (jeśli czasem zastanawiacie się, dlaczego mnie tu nie ma i jak wytrzymuję bez filozofowania, to dzieje się tak właśnie dlatego, że filozofuję sobie w prywatnym, realnym świecie).

Po raz kolejny, chcę się z Wami podzielić świadectwem, że jeśli nasze pragnienia nijak się mają do pragnień Bożych, to ma to głęboki sens. Jeśli ten sens odkryjecie – zyskujecie spokojną głowę. Jeśli bez odkrycia tego sensu, dalej ufacie (i macie spokojną głowę), to jesteście herosami i szczerze Wam zazdroszczę. Tak po ludzku. Bo przecież nic, co ludzkie nie jest mi obce.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Blogerski coming out

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s