Macierzyństwo lvl demo

Minął rok i kilka dni odkąd zostałam matką. 

Mogłabym napisać, że to zmieniło całkowicie moje życie, że jestem teraz inną osobą, że…

Nie, nie jestem inną osobą. Bardzo nie lubiłam po porodzie pytań  „Jak się czuje młoda mama?”. Po porodzie, jak i przed, byłam (i nadal jestem) Anią. Taką, co lubi scrollować Instagrama, oglądać Zoellę i jeść parówki z ketchupem na śniadanie. Jako mama Zosi nadal scrolluję Instagrama (karmiąc piersią), oglądam Zoellę (mieszając kaszkę) i jem parówki z ketchupem na śniadanie (w towarzystwie Zosi jedzącej parówkę bez ketchupu).

Nie, moje życie nie zmieniło się o ileś tam dziesiąt stopni. Moje życie ewoluowało naturalnie. Tak samo, jak naturalnie chodziłam do szkoły na 8 rano każdego dnia, jak wybierałam sobie, czy wolę rajd po lumpeksach zamiast nudnego wykładu na studiach i tak samo, jak wysiadywałam 8h w korpo. Naturalnym jest, że budziłam się na karmienie w nocy, że byłam uziemiona drzemiącym na mnie w dzień dzieckiem, że nie wychodzę na wieczorne koncerty, salsoteki i seanse kinowe, bo Mała Księżniczka potrzebuje mojej obecności mniej więcej od 18.30 do 1 w nocy (no, dobra – całą noc z resztą też).

Nie, nie było mi łatwo. O ile umieranie dla męża to proces i on nadal trwa (choć postępuje jak krew z nosa), o tyle umieranie dla dziecka, to przyspieszona lekcja pokory, pohamowania swojego ego i zmiany perspektywy z „ja” na „ty”.

Nie, nie mogłam się pogodzić z tym, że „nic nie robię”, „tylko karmię”, „znów śpi na mnie”, „znów chce do mnie”, „nie rozwijam się”, „nie mogę nawet chwili spędzić przy komputerze”, „nie mogę wyjść na zakupy”. Gombrowiczowskie „Ja, ja, ja – jakie to męczące”! Zabrano mi przestrzeń do realizacji mojego egoizmu. Nie do realizacji mojego ego. Do realizacji bezużytecznego egoizmu.

Co więcej – to pozbawienie „wolności”, możliwości „samorealizacji” itd. trwało zaledwie kilka miesięcy. Na co mi było tak się rzucać?

Teraz wychodzę do kawiarni (załączam zdjęcie na dowód), uczęszczam na lekcje flamenco, organizuję sesje stylizowane i scrolluję tyle samo fejsa, co w czasach przedZosiowych.

Nie, nie chciałabym, żeby czasy przedZosiowe wróciły. Nie, nie zastanawiam się, co by było, gdyby Zochy nie było, gdyby nie pojawiła się w pierwszym roku naszego małżeństwa. Nie, nie mam natrętnych myśli „zrobiłabym to i to, ale Zocha mi przeszkadza”. Mam za to tuzin pomysłów, które właśnie wraz z moją Córką (i Mężem) chcę realizować. Moje duże pragnienie to na przykład przejażdżka pociągiem. Choćby i do Torunia. Tyle lat spędziłam w pociągach, że brak mi stukotu kół, kolejki do kasy i całej tej atmosfery dworców. Co poniedziałek jestem w okolicach Bydgoszczy Głównej i wzdycham sobie: „przejechałabym się pociągiem”. Ale nie – nie sama. Chętnie zabiorę ze sobą Zosię. Nawet jeśli nie toleruje wózka. Nawet jeśli oznacza to wytężone zabawianie jej osóbki. Nawet jeśli miałaby trenować wygibasy na moich kolanach. Doświadczenie już mam – dwukrotny przelot samolotem. Pociąg przy tym zdaje się nie być tak zatrważający.

Chciałam napisać coś pięknego, takim ciepłym tonem bajarki. Chciałam napisać panegiryk macierzyństwa.

Dawno nie pisałam. Już zapomniałam jak to się robi. Jak ubiera się myśli w stukot klawiszy na klawiaturze. Jak obraz z mojej głowy ukrywa się między literami hipertekstu.

Więc piszę prosto. To, co chciałabym przeczytać jako młoda matka – przed porodem lub tuż po „przykuta” do łóżka z małym ssakiem przy piersi i totalnie nową sytuacją. To, co chciałabym przeczytać jako totalna egoistka, której powierzono bezbronną istotę do opieki, do ochrony, do kochania.

Nadal jestem Anią. Tą z bloga Okiem Sary. Tą z milionem pomysłów i nieogarem życiowym.

Nie uzyskałam czarnego pasu z „home managment”, nadal nie lubię prasować, a i zdarza mi się zapomnieć zrobić podstawowe zakupy spożywcze.

Czy prócz tej naturalnej ewolucji, coś się zatem zmieniło?

Wydaje mi się, że wraz z powiększaniem się ciążowego brzuszka, powiększyło się moje serce. Brzuszek znikł (no, dobra – coś tam jeszcze odstaje), ale serce pozostało powiększone. Nie oddałam go tej Małej Kruszynce, ale wzięłam ją tam do niego i zrobiłam jej tam gniazdko. Takie mam wrażenie. Wrażenie rozciągniętego mięśnia serca i wypełnionego miłością po brzegi.

 

/Zdjęcie: Od A do Z – Agata Ziętarska Fotografia/

Reklamy

11 uwag do wpisu “Macierzyństwo lvl demo

  1. Niedługo dojdzie keczup ;P Mój synek długo prawie do wszystkiego wołał „peczuk”, jakoś go tak sobie upodobał… dopiero teraz w przedszkolu trochę się temperuje kulinarnie 🙂 i uwielbia pociągi! Dla obojga zresztą jest to atrakcja, z córcią pojechałam rok temu na jarmark bożonarodzeniowy do Wrocławia, ale dwie godziny dla czterolatki to był max. W tym roku wybraliśmy się na godzinną przejażdżkę składem retro. Fajna rozrywka, ale dla dzieci, które już to cieszy. Z rocznym bym nie jechała, z uwagi na bród, smród i ubóstwo polskiej kolei, bo w odróżnieniu od Ciebie nie mam sentymentu do pociągów, choć w przedmałżeńskich czasach często kursowałam do mojego Ł. 🙂
    I wiesz? Czuję jak Ty. Mam wiele warstw siebie 🙂 Na upartego i do dziecka mogę się dokopać, a jak trzeba to przywdziewam wszystkie pozostałe skórki, pokrywające mnie w miarę upływu lat i nowych ról…. ale nadal kiedy mijam z wózkiem, dziećmi, siatami zakupów czy rowerkiem pod pachą grupki młodych przy liceum, śmieję się w duchu, że robią przejście trzydziestoparoletniej matronie reprezentującej pewnie w ich oczach świat dorosłych, a ja przecież w środku niczym się od nich nie różnię 🙂 We wrześniu siedzieliśmy w zakopiańskiej knajpce obok grupy studentów z obozu adaptacyjnego. Oni to my sprzed 15 lat. Uzupełniający płyny i kalorie po wycieczce w góry, roześmiani, beztroscy, swobodni. A my to oni za 15 lat – rozstrzygający wojny, czyj teraz łyk czekolady, kto ma siedzieć koło mamy, biegający do toalety to z jednym to z drugim, obłożeni chusteczkami nawilżanymi, pieluchami i ubrankami na zmianę. Z powiększonym sercem 🙂

    Polubienie

  2. Doczekałam się nowego wpisu, juhuuu ❤

    Podpisuję się rękami, nogami i rozciągniętym mięśniem sercowym pod Twoim tekstem 🙂 Taki prawdziwy!
    Jak mam kryzysowy moment to powtarzam sobie: "Nikt nie mówił, że będzie lekko. I nikt nie mówił, że będzie tak pięknie". W ogóle uwielbiam to takie normalne życie – z jednym Mężem, (narazie) jednym Synem, który zawsze robi wszystko inaczej niż sobie zaplanowałam, z robieniem zakupów i prania, i pracą po nocach, żeby dołożyć do domowego budżetu. Tyle łaski, tyle radości!

    Pozdro pozdro 🙂

    PS Poważna Zofia jest urzekająca ❤

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s