Typ Niepokorny: A jednak On istnieje

Pochodzę z katolickiej rodziny. Takiej normalnie wierzącej bez udziwnień, bez wielkich zachwytów, bez dodatkowego udzielania się w Kościele. Zwyczajnie, co niedzielę marsz na Mszę. Dane mi też było poznać Kościół od kuchni przez wzgląd na to, że mam w rodzinie osobę duchowną. I chyba właśnie to, że od samego dzieciństwa widziałem wiele twarzy Kościoła (tych dobrych, ale też tych złych), pomimo tego, iż jestem osobą wierzącą – nakazuje mi to trzymać spory dystans do hierarchiczności kościelnej. To wszystko miało też spory wpływ na to, jak w młodym wieku szukałem Boga. Posłuchajcie…

Jest rok 2002. Jestem zbuntowanym 17-latkiem, który wyglądem bardziej przypomina osiedlowego złodzieja, niż ministranta (zawsze byłem niepokorny… ten typ tak ma). Krótkie włosy pofarbowane na blond (wo Eminem wtedy wbił wtedy do MTV z piosenką „Real Slim Shady” i pofarbować się na blond to było coś), spodnie z krokiem w kolanach, T-shirt z Królikiem Bugsem grającym w kosza. Co niedzielę siedzę w kościele opierając się o filar i sam nie wiem co tam robię. Życie jest totalnie jałowe – pewnie nie chodziłbym do kościoła, ale nie chcę robić przykrości rodzicom, którzy są bardzo wierzący – więc chodzę regularnie, ale nie czuję nic. Totalnie nic. Uświadamiam sobie z niedzieli na niedzielę coraz bardziej, jakim kiczem były te wszystkie opowiastki o Jezusku (przedstawiane przez nawiedzoną siostrę zakonną) przed pierwszą Komunią Świętą. Przecież to wszystko się kupy nie trzyma, a ja siedzę i marnuję życie, opierając się o filar. Co niedzielę patrzy na mnie ziomek z osiedla, który jest lektorem – wiem tyle, że chodzi do innej szkoły i jest mniej więcej w moim wieku. To musi być spoko ziomek – myślę sobie – bo cała reszta kościoła to stare babcie, a my we dwoje co niedzielę, młodociana partyzantka. I tak mija niedziela za niedzielą.

W szkole mam innego kumpla, który był na pielgrzymce. Przeszedł pieszo na Jasną Górę i mówi, że fajnie. Zupełnie nie rozumiem co w tym fajnego, ale kumpel to kumpel – nie będę krytykował. Kumpel proponuje, żebyśmy całą paczką z liceum poszli w wakacje pieszo do Częstochowy. Okazuje się, że cała eskapada rusza akurat z mojej parafii. Myślę sobie – to muszą być totalnie nawiedzeni ludzie, dewoci. Ale mam świadomość, że rodzice nie puszczą mnie nigdzie z kumplami na wakacje, poza tym nie stać mnie na tego typu wyjazdy, więc mówię kumplowi, że można spróbować.  No, i decyzja zapadła – idziemy na Pielgrzymkę.  Najpierw spotkanie przedpielgrzymkowe w celu zintegrowania się z grupą. Na schodach wita mnie ziomek (lektor) z kościoła, zbija mi piątkę i mówi, że mnie kojarzy. To był ten moment życia, kiedy poznajesz kogoś, kto wiesz, że będzie miał wiele z Tobą wspólnego – do dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi. Zaczyna się spotkanie i na starcie modlitwa… O Boże oni się ciągle modlą – jak ja wytrzymam z tymi ludźmi 2 tygodnie w trasie – pewnie o niczym z nimi nie pogadasz tylko o różańcu. Ale nie łamię się, będzie dobrze. Wakacyjna przygoda.

Ruszamy w trasę. Tempo dość szybkie… No dobra, bardzo szybkie – nawet nie wiedziałem, że można tak szybko chodzić. Po 2 km mam już dosyć, ale nie wypada się przyznawać, bo w grupie dużo fajnych, młodych dziewczyn. Gram na perkusji w grupie rockowej i wszyscy tutaj mnie o to pytają. Poznaję dużo osób dzięki temu – ku mojemu zdziwieniu wcale nie są dewotami. Nadal nie odczuwam obecności Boga.

Za nami 3 dni drogi. Moje nogi (w młodości jedna była złamana) zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Do tego mam chyba złe buty, bo całe moje stopy usiane są pęcherzami i odciskami. Ból i cierpienie, a do tego 40stopniowy upał. A my cały czas idziemy. Rozmawiam z zakonnicą o tym jak bardzo napiłbym się teraz schłodzonego piwka. Śmieszkujemy i zamiast piwka, ona na ból proponuje mi, żebyśmy się razem pomodlili. I to był chyba właśnie ten moment. Moment, w którym tak bardzo już nie dawałem rady, że zacząłem się modlić. To był ten moment, kiedy poczułem obecność jakiejś niewyjaśnionej Siły, która zaczęła pchać mnie do przodu, a później na Polach Jasnogórskich sprawiła, że leżąc krzyżem i modląc się, płakałem jak dziecko. To była ta chwila, kiedy pierwszy raz w życiu pomyślałem – hmmm… A jednak On istnieje.

I tak w moim życiu jest cały czas do teraz. Życie bywa lepsze i gorsze. Moje losy różnie się układają. Udało mi się odnosić spore sukcesy, ale też przeżywać totalne porażki (nie będę wdawał się w szczegóły, bo jest ich tyle, że mógłbym napisać książkę). Bywał czas kiedy przez te porażki obrażałem się na Boga, bo zabierał mi ludzi których bardzo kochałem. A wtedy On dowalał mi jeszcze bardziej, żebym w końcu jedynie w Nim widział nadzieję i sens. Świat jest już inny niż w 2002 roku, albo może ja dojrzałem i widzę go może nieco bardziej w szarych barwach. Ale pomimo tego każdemu kto ma chwile zwątpienia mówię: wiesz, też uważałem, że On jest bajką wymyśloną na potrzeby społeczeństwa… Ale jak się dobrze rozejrzysz i otworzysz na Jego działanie, to może sam stwierdzisz: Kurcze… A jednak On istnieje.

Typ Niepokorny

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Typ Niepokorny: A jednak On istnieje

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s