Loteria

Wiosną ubiegłego roku poczułam się jak uczestnik loterii, w której co 120 osoba wygrywa. Stałam więc w tej kolejce po wygraną z kuponem w ręku. Na kuponie było napisane, że czeka na mnie dziecko, ale być może będzie mnie kochało za bardzo. Za to świat nie będzie go kochał prawie wcale. Taki profit fifty fity, ale to nie ja sobie wybrałam, żeby z tym oto kuponem w tej kolejce stanąć.

Nie chciałam brać udziału w tej loterii. Ba! Ja nawet nie chciałam wiedzieć ile mam stoi ze mną w tej kolejce. W sumie – nie miałam pojęcia, czy to dużo, czy mam duże szanse na wygraną. Wygooglałam parentingowe fora. „Dziewczyny, ryzyko wynosi 1:13000 czy to dużo?”, „Moje ryzyko to 1:100000 miała któraś tak? Urodziło się zdrowe?”… Ups! Ja myślałam, że ta moja kolejka to długa jest, a tu się okazało, że mam większe szanse, niż się spodziewałam. Szanse – nie „ryzyko”. Przecież to moje dziecko, przecież sobie poradzę!

Mimo tej szansy – po ludzku – przestraszyłam się. Lekarz pod sumiastym wąsem bąknął, że być może to dziewczynka. Księżniczka moja! Ale… Taka księżniczka będzie kiedyś przeistaczać się w kobietę. Jak ja jej wytłumaczę „te” sprawy? Jak uchronię ją przed chłopcami? Jak uchronię ją przed nierozumieniem własnego ciała? A w ogóle… To po co mi powiedzieliście o tej loterii? Po co określiliście liczebność mojej kolejki po wygraną? Dlaczego rozmyślam o tym, co będzie? O tym, do czego przez lata mogę się przygotować wraz z ekspertami, specjalistami?

Usiadłam w gabinecie pani genetyk. Powypytywała mnie o to, o tamto. Wytłumaczyła, że długość kolejki, w której stoję to wynik algorytmu, że to komputer liczy i może po prostu przez przypadek mnie wcisnął do tej loteryjki. Tak, jak przez przypadek znajduje się w skrzynce zaproszenie na prezentację antyalergicznych kołder i innowacyjnego jajowaru – bo komputer tak wybrał. Jak mantrę powtarzała jakoby te cyferki niekoniecznie oznaczały, że moje dziecko będzie c h o r e, że mogę mieć kolejne badanie – amniopunkcję. „Amniopunkcja”? Zabrzmiało groźnie, a ja jako typowy ignorant medyczny, nigdy o tym nie słyszałam. Zamiast się dopytać, (intuicyjnie) grzecznie odmówiłam. Wytłumaczyłam pani doktor, że TAKICH c h o r ó b się w brzuchu mamy nie leczy, więc po co mam szukać potwierdzenia TAKIEJ c h o r o b y. Po za tym – z wykształcenia jestem pedagogiem – poradzę sobie z taką DYSFUNKCJĄ.

Wyszłam z gabinetu zła. Jej mantra, moje odpowiedzi. Jakbyśmy rozmawiały w dwóch językach. Dopiero argument o wykształceniu pedagogicznym uspokoił panią genetyk, że (podejrzewam) nie zostawia mnie samej z „problemem” oraz że ze swojej strony przedstawiła mi dostępne na NFZ możliwości dalszej diagnostyki.

Koniec loterii nastąpił w nocy z 13 na 14 października. Szanse okazały się widzimisię komputera. Choć mój Mąż, tuląc Zochnę w ramionach, dopytał następnego dnia: „Wygraliśmy czy nie? Chyba by było już widać?”. Widać by może i było, ale nasze uczucia, nasza radość z narodzin córki i miłość do niej byłyby takie same.

***

Temat bliski mojemu sercu.

Dotąd trafiłam na dwie książki pisane przez rodziców dzieci upośledzonych. Jedną polecałam Wam tu: klik, a fragmenty drugiej znajdziecie w formie mojego monodramu ze studiów tu: klik.

Advertisements

One thought on “Loteria

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s