Weekend offline

jktv__bqmaa-brooke-larkZamarzył mi się weekend offline. Mój Małżonek sporo pracował w mijającym roku. Ja sporo przesiedziałam w sieci. Trochę marketingowo, biznesowo, towarzysko, rozrywkowo. Generalnie przeniosłam niemal całe swoje życie do soszjal midia. W którymś z mediów społecznościowych wyskoczyła mi nawet oferta z miejscem idealnym do resetu – zielono, drewniane domki, przytulny wystrój – nie taki puściutki, hotelarski, ale sprawiający wrażenie już zamieszkanego lub takiego, w którym aż chce się zamieszkać. Jako niedoświadczona, młoda matka pomyślałam – damy radę! Co to dla nas – zabrać wózek, pieluszki i w drogę? Tylko, że ta droga wynosiła ponad 200 km. Postawiliśmy na rozsądek – zaniechaliśmy tego pomysłu. Pozostawiam jednak to marzenie „na później”, a z Tobą, Drogi Czytelniku, się nim dzielę. Może zrealizujesz moje jeszcze niezrealizowane plany.

Wsiedlibyśmy do auta, nie włączając po pierwszym przejechanym kilometrze danych komórkowych. A może nie… Może włączylibyśmy chociaż spotifaja? Nie, nie. Przecież można zgrać plejlistę na kartę pamięci. Po drodze zaopatrzylibyśmy się też w niezbędny prowiant tak, ażeby nasz azyl był rzeczywiście azylem, a nie bazą wypadową do najbliższego spożywczaka.

Zajechawszy na miejsce, zwiedzilibyśmy okolicę. Pierwszy spacer, głęboki wdech i wydech świeżym powietrzem. A potem zjedlibyśmy ugotowaną przez nas kolację. Zapewne makaron z pesto. Nie sprawdzalibyśmy powiadomień na mesendżerze, nie odświeżalibyśmy instagrama, ani scrollowali fejsbuka. Po prostu rozmawialibyśmy. Może zrobiłabym nawet listę tematów do omówienia z Mężem? W codziennym pośpiechu i zmęczeniu tak wiele słów tłamszę w sobie, a tak wieloma sprawami chciałabym się podzielić! Nie tylko w formie linku wysyłanego w wiadomości prywatnej. Po uśpieniu Zochny włączylibyśmy film. Nie kolejny odcinek serialu z plejera, ale taki film, po którym można porozmawiać, który można współprzeżyć z bohaterami, a może nawet zapłakać nad ich losem.

Spalibyśmy do oporu, bo po co się spieszyć? Nie ma za czym gonić, nie ma kto nas pognić. Zjedlibyśmy śniadanie, słuchając wiadomości w radiu, zamiast oglądać na jutubie. Może nawet potańczylibyśmy w kuchni tak, jak zdarza nam się to w domu? Mielibyśmy też w końcu czas na wspólną jutrznię – jedną z niewielu „standardowych” form modlitwy, którą lubię. Na kolejny spacer zabralibyśmy aparat. Ja robiłabym zdjęcia, a Damian może by coś pokręcił. Rozmawialibyśmy pewnie o tym, jak cudownie byłoby mieć takie własne zacisze, dom z prefabrykatów i wnętrza, do których chce się wracać. Zganilibyśmy się pewnie za to ostatnie, bo i do naszego mieszkanka chce się wracać, a nasi goście często zachwycają się ciepłą atmosferą, którą stworzyliśmy aranżując wnętrza, nadając im nasz (niepowtarzalny) klimat. Wrócilibyśmy zmarznięci, więc miło by było napić się kakao. Takiego z bitą śmietaną! Serwowanego w kamionkowych kubkach! Zosina po takim spacerze pewnie by jeszcze dosypiała na kanapie, jak to ma w zwyczaju. Chrapałaby przy wtórze trzaskającego drewna w kominku.

Kolejny wieczór moglibyśmy zamiast filmu poświęcić jakiejś grze. Nie lubię grać w planszówki we dwoje. Może kości i gra w „10.000”? Albo jakiś małżeński quiz w stylu „na ile się znamy”? To by mogło być ciekawe doświadczenie i zaczyn do dalszych rozmów. W końcu mielibyśmy tę chwilę, by bez rozpraszaczy zaplanować kolejny rok, a może i zastanowić się nad rozkładem tego wymarzonego domu z prefabrykatów. Nie raz by nas kusiło, żeby zajrzeć na strony www producentów i propagatorów takiego budownictwa. Tym jednak zajęlibyśmy się po powrocie. Po co tracić czas na poszukiwania źródeł, liczenie kosztów, kiedy jeszcze nie poznaliśmy swoich potrzeb, opinii, marzeń?

Ostatni poranek, ostatnie śniadanie, ostatnia jutrznia, ostatni spacer… Myślę, że nie byłyby ostatnimi w tej postaci. Swego czasu przeżyłam rekolekcje w milczeniu. Trzy dni w ciszy. Wróciłam do domu odmieniona. Godzinna podróż autobusem zadawała mi wręcz fizyczny ból – hałas, niepotrzebna paplanina ludzi, radio puszczane przez kierowcę, szum zza okna… W domu powyłączałam od razu wszystkie odbiorniki – tak mi przeszkadzał ich jazgot! Wierzę, że po takimi oczyszczeniu offline i pośród natury, nie wróciłabym tak szybko do starych i utrwalonych nawyków. Rozmarzyłam się…

Ten weekend nadejdzie. Niechże tylko Zosina podrośnie. Widzę perspektywę na horyzoncie. Są jednak inne metody, by żyć w pełni już tu i teraz, zamiast udawać życie w sieci. Napisali o nich: Kobieta i Pasja, KlarownieDzięki Bogu, Katolicka Mama, Boso do Nieba, Jedno słowo, może dwa.

Tekst powstał we współpracy blogerów chrześcijańskich i stanowi cześć projekt „off-line/on-life”.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s