E-chrześcijanin: Joasia

img_4612

Joanna, 30 lat

kobieta   żona   mama   teolog   doktorantka   autorka bloga Raptularz mamy

Pytana o zawód odpowiadam: „teolog”. I rzeczywiście – w pudełku z dokumentami już od kilku lat zdeponowany jest mój dyplom magistra teologii. Zawód to może dzisiaj trochę nietypowy (w wiekach średnich stał na najwyższej półce z prawem i medycyną, dziś bardziej prestiżowo brzmią te ostatnie, choć przecież, tak mi się przynajmniej wydaje, zapotrzebowanie na teologów i teologię w istocie nie zmalało, co nie zmienia faktu, że niewiele osób wybiera teologię jako główny kierunek w swojej uniwersyteckiej przygodzie). Ja wybrałam ją prawie dziesięć lat temu z wewnętrznej potrzeby, ale też dlatego, że ujęło mnie J. Ratzingera/Benedykta XVI bycie teologiem: człowiekiem wielkiej wiedzy, ale i nie mniejszej prostoty. Z tego urzeczenia wzięło się pragnienie, by być teologiem przynajmniej trochę na jego miarę i starać się przybliżać innym w dostępnej formie treści, którymi napełniałam serce i rozum podczas wykładów na wydziale i osobistej, duchowej lektury, zwłaszcza poprzez słowo pisane.

Jednak choć pisać lubiłam zawsze, znajdując radość zarówno w możliwościach, jakie daje wspomniane słowo pisane, w jego plastyczności, stylistycznych zawijasach i metaforycznych wywijasach, jak i bawiąc się składnią, potencjałem możliwej do stworzenia oryginalności, a zarazem prostoty, to dopiero macierzyństwo przynagliło mnie czy raczej wzbudziło we mnie nieodpartą potrzebę pisania, którym można by się dzielić z kimś innym niż tylko z deskami biurkowej szuflady. Gdy urodziło się nasze pierwsze dziecko, miałam wrażenie, że każdy dzień przynosi tyle pięknych, duchowych przemyśleń, że jeśli nie zacznę ich spisywać, to bezpowrotnie zawieruszą się w nieubłaganym rytmie codzienności, która przynosiła wciąż nowe i nowe refleksje. I właśnie wtedy pomyślałam o blogu.

Była zarazem we mnie jednak jakaś „przekora”, by nie pisać o tym, jak noworodka prawidłowo karmić, przebierać i jakie 1001 gadżetów mu kupić, czym niestety w moim mniemaniu tzw. blogi parentingowe są trochę przeładowane, ale by pisać bardziej refleksyjnie. Nie chodziło o to, by stawiać się ponad inne mamy (że niby one o zupkach, a ja o „metafizyce macierzyństwa”) – nie! Blogi, z których można zasięgnąć informacji o dietach dla dzieci czy akcesoriach też są ważne, bo można z nich czerpać przydatną i zebraną w jednym miejscu wiedzę, jednak w moim mniemaniu nie wyczerpują one istoty sprawy…

Zarazem mój blog nie był z założenia i chyba nadal nie jest klasycznym, katolickim blogiem (o ile definicja takiego w ogóle istnieje). Odczytałam swoją „misję” w tym, żeby pisać o macierzyństwie w taki sposób – niekoniecznie z przypisami do konstytucji dogmatycznych czy encyklik 😉 ale by mnie samą (zmęczoną przecież tak samo jak inne mamy chociażby nocnym wstawaniem, zmienianiem pieluszek czy kolkami dzieci) te słowa nasycały i pomagały przezwyciężyć grożące znużenie – by pomagały mi widzieć głębszy sens mojego bycia mamą i tego, co szczelnie wypełnia kolejne domowe dni. A ten sens podtrzymuje we mnie m.in. życie duchowe, więź z Bogiem, dzięki której staram się patrzeć głębiej i rozumieć swoje macierzyństwo bardziej. Stąd też piszę zwykle w kluczu refleksyjnym, w stylu może trochę niewspółczesnym, ale o sprawach bardzo zwyczajnych. O tym, co cieszy, ale też o tym, co dla mnie trudne, co długo przekuwa się w moim sposobie myślenia, co wymaga przepracowania. Piszę o dzieciach, o tym co rodzinne, po prostu o życiu. Staram się tworzyć w swoim stylu, przenicowując teksty między wierszami treściami szeroko związanymi z moim wykształceniem. Nie będąc typem „apologety”, odnajduję się dobrze jako „chrześcijanin w sieci” właśnie w takiej formie – trochę zawoalowanej, lecz nie z obawy przed reakcją zwrotną, ile bardziej z mojej osobistej specyfiki „życia  ukrytego” – w stylu Kol 3,3. Bo nie da się ukryć, że będąc od kilku lat w domu, m.in. opiekując się dziećmi, a w międzyczasie pisząc doktorat, żyję trochę jak „mama-mniszka”, ukryta, choć świadoma tego, jak bardzo to ukrycie jest nacechowane aktywnością (qui potest capere, capiat…).

Ale wracając do bloga – punkt wyjścia dla płaszczyzny porozumienia głównie z czytelniczkami stanowi w nim macierzyństwo, w którym każda z nas ma swój udział, a ja staram się o nim dodatkowo pisać tak, by zdopingować siebie i inne mamy do tego, by mimo trudów nie tracić z oczu piękna bycia kobietą, mamą, radości życia w rodzinie i serca otwartego na to, co przynosi codzienność. W ten sposób staram się promować „postawę chrześcijańską”, do istoty której przynależy także szczęście z życia w codzienności, w moim przypadku m.in. macierzyńskiej i naukowej, wszak homo vivens gloria Dei. Tak odczytuję rolę mojej obecności w sieci. Cieszy mnie zarazem czytanie tych blogerów, którzy działają nieco aktywniej i częściej niż ja, bardziej zauważalnie, tłumacząc swój punkt widzenia czy dialogując z innymi. Wydaje mi się, że przy zachowaniu specyfiki obecności każdego z nas w sieci, świetnie się uzupełniamy. Bo jak pisał ks. Twardowski – „ (…) to co mam i to czego nie mam/ nawet to czego nie mam komu dać/ zawsze jest komuś potrzebne… nierówni potrzebują siebie…”.

***

link do bloga Joasi: www.raptularius-matris.blogspot.com

opis projektu: www.okiemsary.wordpress.com/2016/09/27/wylowione-z-sieci/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s