E-chrześcijanin: Ewa

olborscy-mocem

Mam na imię Ewa i jestem żoną. Sakramentalne tak powiedzieliśmy ponad 4 i pół roku temu, będąc na czwartym roku studiów. Od 2 lat prowadzę blog o małżeństwie Mocem. W międzyczasie założyłam firmę o tej samej nazwie i wprowadziłam do sprzedaży własne produkty. Jestem magistrem sztuki, skończyłam wzornictwo tekstyliów. Projektuję tkaniny, nadruki na odzież (promujące rodzinę i małżeństwo) oraz artykuły ślubne (zaczęło się od pierwszych w Polsce zaproszeń na chusteczkach, teraz wprowadziłam także poduszeczki na obrączki oraz serwetki weselne z menu).

Od zawsze wierzyłam w Boga, ale nie zawsze tak samo.

Mój tata starał się zabierać mnie i brata do kościoła co niedziela, ale zawsze wiedziałam, że mama pomoże mi się wykręcić (bo mnie głowa boli, bo dużo nauki…). W gimnazjum pojechałam na zimowiska organizowane przez moją parafię. Od tego momentu zaczęło się moje świadome nawrócenie i poznawanie Boga jako konkretnej Osoby, a nie jakiegoś obcego bytu.

Bóg mówił do mnie przez poznane osoby.

Ludzi młodych, choć starszych ode mnie, którzy zarażali swoją otwartością i radością. Zapragnęłam ich szczęścia (którego źródłem był Jezus). Skończyłam klaretyński Kurs Nowego Życia, po którym otrzymałam krzyż i posłanie świeckiego ewangelizatora. Udzielałam się w diakonii pantomimy, byłam liderką młodzieżowej wspólnoty, jeździłam na rekolekcje. Moje życie duchowe było bardzo bogate, a Bóg, którego spotykałam, naprawdę żywy. Doświadczyłam bardzo konkretnie Jego miłości i pomocy, szczególnie po śmierci mojego taty. Nauczyłam się mówić o Bogu, ale widziałam, że w codzienności to nie słowa przyciągają do Niego, ale inni ludzie i ich życie.

W tej chwili nie jesteśmy z mężem w żadnej wspólnocie. Ja dojrzewałam w duchowości klaretyńskiej, misyjnej, a Piotrek jest absolwentem szkół salezjańskich. Nie znaleźliśmy jeszcze miejsca, które by nam obojgu odpowiadało. Czerpiemy wciąż z wcześniejszych doświadczeń, które nie pozwalają nam zwątpić czy odejść zbyt daleko. Zbudowaliśmy nasze małżeństwo na Chrystusowej skale i podstawie ze zgodnego światopoglądu.

Chrześcijanin w sieci może działać (i ewangelizować!) na różne sposoby

Według mnie nie trzeba wcale mówić konkretnie o Bogu, żeby pokazywać Jego miłość i działanie. Na Mocem piszę o chrześcijańskich wartościach, a nie o wierze samej w sobie. Staram się nie nawracać, a świadczyć. I to dość subtelnie i nienachalnie (co moi czytelnicy cenią).

Mówienie o Jezusie bezpośrednio w Internecie jest potrzebne.

Są ludzie, którzy szukają dobrych rozważań Słowa Bożego czy podcastów rekolekcyjnych. Katoliccy małżonkowie, wpisując w wyszukiwarkę hasła związane z życiem we dwoje, z pewnością trafią na teksty mówiące o mocy wiążącego ich Sakramentu, powołaniu do życia w rodzinie czy sposobach na wspólną modlitwę.

Są jednak też ludzie, którzy nigdy takich treści nie będą szukać, a uduchowione nagłówki ich zniechęcą. I to do nich chciałabym trafić najbardziej. Do tych, którzy potrzebują dobrych wartości, ale sami z siebie nie będą ich szukać. Mnie samą nie raz odrzucają zbyt górnolotne sformułowania i doradzanie modlitwy jako rozwiązania na każdy problem.

Moje bycie chrześcijanką w sieci jest podobne do tego, jaką jestem chrześcijanką w życiu codziennym.

Nie opowiadam na lewo i prawo, że jestem wierząca, choć wszyscy o tym wiedzą. Nie piszę na blogu o tym, że antykoncepcja jest grzechem, ale wspominam o naturalnych metodach planowani rodziny. Napisałam o zaletach zamieszkania ze sobą dopiero po nałożeniu ślubnych obrączek, a nie o tym, że mieszkanie razem przed ślubem jest złe. Rzadko wspominam o tym, czego nie popieram. Zamiast tego, promuję to, co dobre.

Kieruję się miłością do drugiego człowieka, okazywaną w szczególny sposób przez szacunek.

Wiem, że na mój blog trafiają różni ludzie i dlatego nie piszę kategorycznymi ogólnikami. Nie chcę nikogo urazić. Przedstawiam moje zdanie, ale nie wmawiam go innym. Akceptuję to, że nie wszyscy myślą tak, jak ja. Uważam na słowa. Czasem piszę trochę na około albo zmiękczam pewne fakty, by ludzie doczytali do końca, a nie bulwersowali się po pierwszym akapicie. Mam wrażenie, że jestem (mój blog) trochę po środku – pomiędzy wierzącymi, którzy z odwagą głoszą Słowo Boże i go szukają, a tymi, którzy nic sobie z niego nie robią. Zachęcam czytelników lifestylowymi treściami, przemycam chrześcijańskie wartości i odsyłam dalej do „bardziej katolickich” miejsc w sieci.

Wiem, że moja postawa nie wszystkim może się podobać.

Z zewnątrz jest w pewnym sensie zaprzeczeniem nawoływania do bycia „zimnym lub gorącym”. Mam jednak głębokie przekonanie o tym, że pisząc bardzo jednoznacznie i kategorycznie, moimi czytelnikami byliby tylko katolicy. A im nie trzeba specjalnie mówić o tym, że warto się pobierać.

Założyłam blog po naszym ślubie. W trakcie przygotowań nasłuchaliśmy się od różnych ludzi, w żartach i na poważnie, jakie to małżeństwo jest ciężkie, że powinniśmy się wyszaleć wcześniej (co to w ogóle oznacza?!), i że nie ma sensu pakować się tak szybko w rodzinę. A my tego bardzo chcieliśmy. Ślub nie był dla nas końcem wolności, a w pewnym sensie nawet jej początkiem. Wielu naszych znajomych nie mogło pojąć, dlaczego chcemy się pobrać (a już w ogóle nie rozumieli tego, że ze sobą nie mieszkamy, choć mieliśmy do tego idealne warunki). Blog powstał właśnie dla takich młodych ludzi, którzy uwierzyli stereotypowemu narzekaniu na małżeństwo i nie wierzą, że może być w nim dobrze.

Nauczyłam się nie mówić o Bogu, by potrafić Go pokazać.

To wydaje mi się dużo ważniejsze. Ludzie obserwują innych. Nie zawsze słuchają, ale obserwują.  Kiedy zaczynają pytać, wtedy mówię. Dopóki jednak to się nie wydarzy, staram się robić swoje i przemycać chrześcijaństwo w codzienności – w tekstach o organizacji ślubu, o życiu we dwoje, o książkach lub prezentach.

Chrześcijanin to człowiek dobry i uczciwy – działając w sieci, powinien robić to legalnie.

Co to znaczy? Przede wszystkim nie może kraść zdjęć. Świadomość w tym aspekcie wciąż jest niewystarczająca i wydaje mi się, że częściowo jest to też zadanie dla nas. Korzystanie z cudzych zdjęć bez zgody i podpisu autora to rodzaj kradzieży – wystąpienie przeciw siódmemu przykazaniu. Skoro chrześcijanie piszą w sieci o tym, żeby nie cudzołożyć, nie zabijać i szanować rodziców, to uważam, że mogliby także wspominać o prawie autorskim i intelektualnym.

Na koniec dodam jeszcze jedną, zupełnie nie „duchową” myśl. W ewangelizacji (w sieci i nie tylko) nie ma miejsca na bylejakość. W dzisiejszych czasach, gdy blogów jest bardzo dużo i wyglądają świetnie, jeśli chcemy prawdziwie głosić Słowo Boże i docierać z nim do jak największej grupy ludzi, nie możemy tego robić słabo. Na pstrokatym szablonie, z nieczytelnym fontem i brzydkimi grafikami. To wszystko wpływa na odbiór. I tak, jasne, wiem, Duch Święty sobie z tym poradzi. Jak będzie chciał to dotrze, do kogo trzeba. Ale czy nie lepiej Mu trochę pomóc, żeby nie musiał obchodzić na około algorytmów Facebooka?

Musimy się rozwijać i ogarniać internety, na chwałę Pana. 🙂

***

link do bloga Ewy: www.mocem.pl/blog

opis projektu: www.okiemsary.wordpress.com/2016/09/27/wylowione-z-sieci/

Reklamy

2 uwagi do wpisu “E-chrześcijanin: Ewa

  1. Też nie rozumiem, co to oznacza, że trzeba się najpierw wyszaleć. Słyszę to na każdym kroku, jakby jedni chcieli mnie pocieszyć, że mam jeszcze dużo czasu (chociaż wcale nie oczekuje żadnego pocieszenia), a inni żałują, że ten czas im minął.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s