Czego nauczyły mnie gołębie

5497-sky-flying-animals-birds

Zaczęło się niewinnie. Przylatywały z gałązkami. Ja im gałązki wyrzucałam. One wracały z gałązkami. Zawiesiłam reklamówki, żeby szeleściły. Wetknęłam plastikowego kruka w doniczkę. A one dalej. Odlatywały balkon obok i czekały, aż wejdę do mieszkania. Nie raz przeganiałam je i o piątej rano. Uparły się. Takiego uporu mogę im chyba pozazdrościć. Para gołębi, która chce założyć rodzinę i walczy o swój kawałek przestrzeni do zapewnienia sobie warunków życiowych. Nie tylko walczy, ale i się nie poddaje.

Nie było mnie w domu cały jeden, Boży dzień. Udało im się uwić gniazdo i złożyć pierwsze jajko. Co za organizacja! Przedtem znosiły zaledwie po kilka gałązek. Teraz udało im się je „upleść” i jeszcze sprowadzić w nie życie. Pracowały zespołowo, znosząc listki i patyczki. Ile razy my – w związkach, w małżeństwach – wytykamy sobie „ja zrobię to, jeśli Ty zrobisz to”? Czasem warto przygryźć język i działać ramię w ramię.

Po czasie pojawiło się drugie jajko. Zaczęłam podpatrywać to ich wysiadywanie. Zdziwiło mnie, że raz w gnieździe siedzi szary gołąb, a raz czarny. Pomyślałam, że może to dwa jajka z dwóch różnych matek, które dzielą jedno gniazdo, że to wcale nie parka… Poczytałam. Okazało się, że w gołębim świecie tata gołąb wysiaduje jajka na zmianę z mamą gołąb. Zawsze mi się zdawało, że w świecie zwierząt samce mają bardziej dostojną rolę, niż siedzenie na jajkach. Serio. Myślałam, że będzie jej przynosił jedzenie, donosił gałązek. A tu niespodzianka! O konkretnej porze słychać było gru gru (czy jak kto woli „grochu grochu”), po czym następował trzepot skrzydeł. Na gnieździe siedział już drugi gołąb. Jak zmiana warty pod Pałacem Buckingham! Czasem narzekam, że mój Małżonek nie rozumie stanu ciąży, że kiedy marudzi, nie mogę pohamować słów „nie życzę Ci, żebyś był w ciąży!” itd. A tu taka zgodność – raz Ty, raz ja. Nuda okropna tak siedzieć w miejscu. Nie przystoi szlachetnemu samcowi. A siedzi. Podejrzewam, że mój Małżonek też by siedział, gdyby mógł. W końcu współdzieli ze mną trudy ciąży, a to zaparzeniem gorzkiej herbaty, a to masażem łydek, a to znoszeniem otwartego okna w nocy.

Pisklaki się wykluły. Były okropnie brzydkie: wyłupiaste, zamknięte oczy nieproporcjonalnie wielkie do reszty głowy, rzadkie, kanarkowo żółte pierze, powykręcane takie skrzydła. I znów. To gołębica, to gołąb na zmianę ogrzewały je swoim ciałem. Widać, że ona ma lepsze predyspozycje. Umie się bardziej nastroszyć, by zasiąść nad nimi, tworząc szczelne schronienie. Spod jego kupra wystawały to łebki, to skrzydełka. Ale mimo to, dalej dzielili się tym obowiązkiem opieki. Karmią także na zmianę. Pisklaki otrzymują (nie wiem, co, bo słaby ze mnie ornitolog) z dzióbka zarówno mamy, jak i taty. A jedzą ładną chwilę. Tak ciężko mi sobie wyobrazić, żeby mój Mąż siedział dłuższą chwilę z butelką i karmił Malucha. Przecież on ma „ważniejsze” rzeczy do roboty! Ja posiedzę. Jak będzie chciał? Nie, no – pogonię do jego obowiązków – po co ma „tracić” czas? Straszne takie myślenie. Przecież on też buduje relację miłości z tym dzieckiem, trzymając je na rękach chwilę dłużej, niż po haśle: „Trzymaj! Idę siku!” albo „Potrzymaj! Założę buty!”. Takie „nic nie robienie” z dzieckiem musi być na prawdę pięknym czasem zarówno dla mamy, jak i taty. Grunt, jak do tego podejdziemy – jak do marnotrawstwa naszego ego czy jak do wiązania naszego ego z tym malutkim ego.

Cieszę się z tej lekcji danej mi przez Naturę. Mimo skutków ubocznych, do których będzie należeć totalne czyszczenie balkonu po odlocie naszych skrzydlatych przyjaciół. Ta lekcja przede wszystkim uczy mnie, żeby współpracować z moim Mężem jako najlepszym przyjacielem, partnerem w działaniu, ojcem naszego dziecka. Podobno największą krzywdą dla ojca, jak i dzieci, jest zabieranie przez matkę wspólnego czasu na budowanie więzi, zabieranie możliwości „obsługi” dziecka przez ojca, bo „nie da rady”, bo „zrobi krzywdę” itd. Nigdy nie chciałam być takim typem matki. Choć myśli wyżej wymienionego pokroju przelatywały mi przez głowę od początku ciąży. Teraz jednak widzę wyraźnie, że jesteśmy tak zaprogramowani oboje (zarówno kobieta, jak i mężczyzna), by poradzić sobie z opieką nad tym dzieckiem – potrzebujemy tylko stworzyć sobie nawzajem przestrzeń, udzielić sobie kredytu zaufania i współdziałać ramię w ramię – nie w ramach zawodów, kto jest lepszym rodzicem, nie w ramach wyrywania sobie dziecka z rąk, bo druga osoba jest ciapą. Tak, jak ramię w ramię szliśmy do ołtarza, tak chcę ramię w ramię sprawować opiekę i wychowywać nasze dziecko wraz z moim Małżonkiem.

 

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Czego nauczyły mnie gołębie

  1. Gołębi nie znoszę, ale dały niezłą lekcję.
    Łapię się czasem na tym, że myślę „Zrobiłabym to przy Synu lepiej niż mój Mąż”, ale szybko przywracam się do porządku. Jesteśmy inni jako rodzice, ale nie gorsi-lepsi. Żadna zabawa ze mną nie daje Młodemu tyle śmiechu, co zabawa z tatą. I z nikim tak dobrze się nie głuży jak z tatą. Oboje jesteśmy potrzebni na swój sposób 🙂
    Powodzenia w nowej roli!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s