Przyjąć

dziecko-mateusz

Z góry uprzedzam, że dla poniektórych ten tekst może należeć do nurtu „nie znam się, ale się wypowiem”. Jednak w poprzednim około tematycznym wpisie napisałam: „Chciałabym opowiedzieć Tobie [Drogi Czytelniku], czym jest adopcja w moich oczach (…)”. Od początku zaznaczam: nie znam in persona żadnej rodziny adopcyjnej, żadnego adoptowanego dziecka, ani nigdy nie brałam udziału w postępowaniu adopcyjnym. Cały mój ogląd bazuję na procedurach omówionych podczas studiów, forach internetowy, fejsbukowej grupie wsparcia i tym, co dyktuje mi serce. Uwaga: zawartość tekstu stricte subiektywna!

Odkąd jestem w ciąży i przygotowuję gniazdo na przyjście Maluszka, moje postrzeganie procesu adopcyjnego przestało być idylliczne. Bardzo nie chciałabym, żeby na tym etapie oczekiwania ktoś wszedł z butami w moje mieszkanie i powiedział, że mam za mało ubranek, że dziecko koniecznie ma mieć oddzielny pokój, albo przynajmniej bardziej „własny” kąt, niż ten, który z Małżonkiem zaaranżowaliśmy. Uczę się. Może po miesiącu zrobię totalne przemeblowanie? Może jeszcze w trakcie pobytu na porodówce wyślę Małżonka po zapomniane sprawunki do drogerii lub apteki? Czuję jednak pewną wolność – nikt mnie nie nadzoruje. Otrzymuję za to sporo wspaniałych rad od wspaniałych ludzi i za to chwała Panu. Wyobrażam sobie jednak sytuację, gdy przychodzą do mojego domu panie z ośrodka adopcyjnego z wydrukowaną tabelką i pytają o metraż, ilość pokoi, podział obowiązków między mną a Mężem, zaglądają do komody z ubrankami…

I choć nasz pierworodny potomek nie pojawił się jeszcze na świecie, czasem teoretyzuję jakby w to nasze mieszkanie upchnąć kolejnego brzdąca. Dosłownie „upchnąć”, bo o ile przy biologicznym dziecku nikt nie pyta, gdzie pomieszczą się dwa łóżeczka, dwie szafy, cokolwiek, o tyle przy dziecku adopcyjnym mógłby się pojawić tuzin pytań, na które odpowiedzi nie potrafię wymyślić.

Jestem także buntownikiem – nie lubię wielu typów szkoleń i pogadanek o oczywistościach, które w różnych sytuacjach życiowych są przymusowe (np. szkolenia BHP w miejscach pracy). Z racji wyuczonego zawodu nie lubię zwłaszcza gier i zadań psychologicznych. Byłabym jednak w stanie się poświęcić na rzecz „happy endu” postępowania kwalifikacyjnego do adopcji.

Nie wspomnę o wstręcie do biurokracji i analfabetyzmie funkcjonalnym przejawiającym się tym, że nie potrafię ze zrozumieniem czytać ustaw, instrukcji i wytycznych. Na szczęście takie sprawy ogarnia Małżonek, więc może złożenie wniosku o przysposobienie nie byłoby katorgą.

Podobno sen z powiek spędza potencjalnym rodzicom adopcyjnym oczekiwanie na „ten telefon” z decyzją. Nie wiem, czy zapominają oni, że wiele par płodnych stara się o potomstwo nawet latami. Oni również oczekują „tych dwóch kresek” na teście ciążowym. Sam okres ciąży stanowi nie lada wyzwanie – 9 miesięcy czekania na spotkanie. Jednak podczas tego czasu nie ma już drogi ucieczki, by się wycofać. Podczas okresu kwalifikacyjnego w postępowaniu adopcyjnym można się wycofać. Czasami się zastanawiam, czy jako typowy „uciekinier” (typ przeciwstawny do „wojownika”) nie przestraszyłabym się (procedur). W ciąży choć bym chciała – nie mogę się przestraszyć i wycofać z nudności, bóli kręgosłupa, czy częstych wizyt w toalecie. Z rekrutacji owszem mogę uciec w każdym momencie. Cel chyba jednak uświęca środki i hartuje psychikę. Zarówno w oczekiwaniu na narodziny, jak i decyzję o przyznaniu dziecka.

To odnośnie postępowania kwalifikacyjnego. Natomiast odnośnie samego życia z dzieckiem adoptowanym…

Osobiście dla mnie nie ma żadnej różnicy w postrzeganiu dziecka jako moje lub nie-moje. Nie raz byłam opiekunem/wychowawcą i doświadczenie to pozwala mi stwierdzić, że mój stopień zaangażowania w życie napotykanych dzieci jest z automatu głęboki. Czasem wręcz powinno coś po mnie spłynąć, bo przecież zajmuję się tym dzieckiem przez kilka godzin, albo przez zaledwie dwa tygodnie, a za jego wychowanie jest odpowiedzialny kto inny – jednak ja nie potrafiłam nabrać tego zdrowego dystansu. Wiele z historii moich wychowanków dalej żyje w moim sercu, a ja wracam do nich myślami i pytam się w przestrzeń, co teraz robią, jak im się wiedzie… Stąd moja niezdolność do pracy w domu dziecka. Przynajmniej na tym etapie życia, gdy nie potrafię rozdzielać cudzych historii od swoich rozważań nad nimi.

Co więcej, myśl cytatu z powyższej grafiki, traktuję niemalże jak swoją. I odłóżmy na bok rozważania moralno-teologiczne (nie muszę chyba nikomu z Czytelników Bloga przedstawiać się jako praktykujący katolik?) i skupmy się na jednym słowie: „przyjmuje”. To dziecko, którego dziś się spodziewam, postrzegam za dar (i wg opcji światopoglądowej można sobie dodać: „Boży”, „od Losu”, „Natury”). Ten dar (co prawda) sprowadziłam (z Małżonkiem) na świat, ale najważniejszym moim (naszym) zadaniem jest „przyjęcie” tego daru. Ile dzieci jest sprowadzanych na świat, ale nie przyjmowanych? Aborcja, porzucenie, wyrzeknięcie się przez któreś z rodziców, brak akceptacji (płci, choroby, niepełnosprawności)…

Ja nie zadecydowałam ani o kolorze oczu, ani płci, ani płaczliwości, ani zdrowiu, bo wciąż wisi nade mną rokowanie Zespołu Downa w skali 1:141, a nawet jeśli się okaże złym szacunkiem, to skąd mam wiedzieć, jaki to dziecko osiągnie poziom intelektualny w wieku szkolnym, czy nie będzie sprawiać problemów wychowawczych tak modnym w dzisiejszych czasach ADHD lub okaże się, że nie odziedziczyło genów po mamie-grafomance i jest totalnym dyslektykiem z przejawami dysgrafii itd.? Ja to dziecko przyjmuję.

Mówi się, że dzieci z domów dziecka to taki „kot w worku”, bo nie wiadomo po kim mają geny, bo niektóre choroby/dysfunkcje mogły się w momencie adopcji jeszcze nie ujawnić itd. Ile dzieci biologicznych jest diagnozowanych w wieku przedszkolnym, szkolnym? A to autyzm, a to dyskalkulia, a to schizofrenia… My – biologiczni rodzice – także rodzimy „koty w worku”. Łudzimy się za to, że nos będzie dzieciątko miało po mnie, kolor włosów po mężu, po mnie zdolności artystyczne, po mężu organizacyjne bla bla bla… Nasz wymarzony pianista i poeta może się pewnego dnia okazać wybitnym fizykiem.

(Nawiasem mówiąc: właśnie jestem po telefonicznym „iskrzeniu” z moim Małżonkiem – jego nie przyjęłam, a wybrałam, tak? W trakcie małżeństwa i tak wychodzą „smaczki” nie do przewidzenia, pewne irytujące aspekty zachowania lub cechy charakteru, a – podkreślam – świadomie wybraliśmy sobie rzekomo ukształtowanego człowieka na kompana codzienności.) 

Jedyne czego mogą obawiać się rodzice adopcyjni to bagaż doświadczeń dziecka wyniesiony z domu rodzinnego, z traumy porzucenia, nawyki z lat spędzonych w domu dziecka. I tu nie mam nic do powiedzenia. Tak po prostu jest. Potrzeba cierpliwości, wytrwałości, może i przepłakanych nocy. Tak musi być. Grunt to zagryźć zęby i być w stałym kontakcie z terapeutą/psychologiem. Jednak nie dla „ułatwienia” sobie funkcjonowania z dzieckiem dysfunkcyjnym, czy „wyprostowania” go, ale dla tego dziecka, dla jego spokoju ducha, psychiki i normalnej przyszłości. Za lekko do tego podchodzę? Być może. Ale wiem, że ten wysiłek jest opłacalny – właśnie dla tego dziecka, które ma prawo jako istota ludzka, poznać miarę swojej godności i wejść w zdrową dorosłość, zamiast w buty swoich biologicznych rodziców. I nie chcę być męczennikiem czy workiem treningowym. Chcę być tą wyciągniętą ręką, którą dziecko będzie miało przed oczami jak żeglarze światło latarni morskiej.

Powtórzę: są to odczucia i wizja czysto subiektywna, czym jest adopcja w moich oczach. Gdyby ktoś nie wyłapał z tekstu lub bloga faktów: jestem w stanie oczekiwania na swoje pierworodne, biologiczne dziecko. Nie wykluczam, ale i jeszcze nie planuję, przysposobienia dziecka przez proces adopcyjny. Jest to jednak temat od wielu lat bliski mojemu sercu i bolesny ze względu na biurokrację w Polsce oraz rzadkość adopcji dziecka przez pary zdolne lub posiadające już potomstwo.

Temat trudny, budzący różne uczucia. Jestem otwarta na rozmowę. Podyskutujmy!

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s