Własny kąt

domPamiętam jak przed kilkoma laty ubolewałam, że wraz z początkiem pierwszego w moim życiu roku akademickiego zostaję w rodzinnym domu, w rodzinnym mieście… Namiętnie oglądałam filmy p.t. „dorm room tour” na YT, a w grudniu zorganizowałam studencką wigilię dla koleżanek. Tak bardzo chciałam uciec w inny kąt. Potem nastąpiło apogeum przeprowadzkowe…

Najpierw był akademik w Lublinie, potem akademik w Bawarii, następnie stancja na powrót w Lublinie i pokój wynajmowany w domu sióstr salezjanek. Gdzie się nie przeprowadzałam, tachałam za sobą liczne torby z bibelotami – świeczniki, poduszki dekoracyjne, koce, pocztówki i zdjęcia do przyklejenia na ścianę, ramki fotograficzne, cuda-wianki! Każde z miejsc, w które się wprowadzałam, musiało nosić znamię mojej (oryginalnej, niepowtarzalnej, wyjątkowej) obecności.

Poznałam dziewczynę związaną z duchowością franciszkańską, której pokój w akademiku był bardzo skromny, niczym cela zakonna. Zamieszkałam z nią ponownie po kilku latach i okazało się, że nawet ona pękła. Z dala od domu rodzinnego próbowała tworzyć sobie namiastkę własnego domu – a to własna komódka, a to wrzos w ładnej doniczce, a to ozdobne tekturowe pudełka kryjące stosy notatek.

Wydaje mi się, że w każdym człowieku drzemie potrzeba wicia gniazda, tworzenia własnego kąta, azylu, bezpiecznej przystani. Trochę serca należy włożyć w przestrzeń, by się w niej zadomowić. Nie ważne czy ją dzielimy z kimś obcym, czy wynajmujemy na chwilę.

Sama doświadczyłam życia w miejscu, gdzie nie chciałam nic zmieniać, bo tak mi się okropnie nie podobało! Było to pierwsze nasze małżeńskie mieszkanie. Okey – dokupiliśmy kilka mebli, ustawiliśmy zdjęcia na regale, ale nadal czułam się tam gorzej niż na stancji w Lublinie, która przypominała skansen PRL-u wraz z kolekcją encyklopedii radzieckiej, szklankami z koszyczkami i malowanymi talerzami zawieszonymi na boazerii. A przecież w tym skansenie dzieliłam przestrzeń z osobami mi obcymi, miałam poczucie tymczasowości tego miejsca, skąd więc ta różnica? Mieszkanie małżeńskie z reguły ma służyć dłużej niż przez rok czy dwa studiów. Mieszkanie małżeńskie ma być gniazdem, do którego się chętnie wraca, które się upiększa, o które dba się inną dbałością niż ta studencka.

Drugie nasze (obecne) mieszkanie jest moją ostoją. Nie dlatego, że większość L4 w nim przesiedziałam. Na początku nie chciałam za bardzo w nie ingerować – bo znów na chwilę, bo nie nasze, bo może ktoś nas lada moment stąd wyprosi. A jednak – złamałam się. W momencie wprowadzania się było totalnie puste, co z jednej strony zadziałało in plus, a z drugiej strony obciążyło domowy budżet. Jednak za radą Małżonka, który chciał wracać po wielu godzinach pracy czy po dalekich wyjazdach do miejsca, w którym panuje rodzinna, ciepła atmosfera, zmieniłam nastawienie. Teraz mamy i klosze, i karnisze, wybrane przez nas firanki, kwiatki w doniczkach na balkonie i na parapecie w kuchni, a lada chwila powiesimy nasze obrazy.

W dobie tanich zakupów – IKEA, Pepco, Kik czy oferty sezonowe w Biedronce, Aldi, Lidlu – łatwo się zagnieździć w przestrzeni, która na pierwszy rzut oka nie ma nic a nic wspólnego z miejscem, które chcielibyśmy nazwać naszym (nawet tymczasowym) domem. Prostym trikiem jest zakup firanek, kapy/koca na łóżko i kilku bibelotów: ramek, świeczników czy kubków, które staną się ulubionymi towarzyszami porannego rozruchu czy wieczornego relaksu. Warto też mieć pod ręką ulubione książki i jakieś ciepło kojarzące się pamiątki (przytulanka? identyfikator ze świetnej akcji? rysunek młodszej siostry? pocztówka od przyjaciółki?).

Obawiałam się, że wraz z zagnieżdżeniem, skończy się szał urządzania, nowinek w domu i wyszukiwania gadżetów. Ale nie – kwiaty przekwitają, świeczki się wypalają, kubki tłuką, a nasz nowy lokator też potrzebuje swojego spersonalizowanego do wieku kącika. Dziś kolorowaliśmy jesień zakupami kwiatowymi. Lada chwila nastąpi zima, którą będzie można udekorować świątecznie. Później może znudzą się nam zdjęcia w ramkach i odświeżymy je nowszymi wspomnieniami? Grunt, że stworzyliśmy przestrzeń, która daje nam poczucie „to nasze”, „tu się dobrze czuję”, „tu chcę wracać”. Nie tylko do drugiej połówki, która czeka w drzwiach, gdy domofon „pyknie” nie ważne czy w dzień, czy w nocy. Ale też do tych czterech ścian, które nawet pod naszą nieobecność, noszą znamię naszej codzienności.

Wpis powstał na prośbę Karoliny, która lada chwila zaczyna życie w wielkiej Warszawie.

Może i Wy podpowiecie jej w komentarzach jak ma się zadomowić w nowym miejscu, które niekoniecznie wygląda jak z okładki „Czterech Kątów”?

Macie jakieś doświadczenia?

I ja chętnie poczytam.

Advertisements

6 thoughts on “Własny kąt

  1. Przede wszystkim zdjęcia bliskich! One towarzyszyły mi w każdym z moich wynajmowanych mieszkań, a aktualnie to moje 5 mieszkanie 😉 swoja pościel, swoja poduszka i swój koc, żeby dobrze się spalo 🙂

    Lubię to

  2. U nas ostatnie sześć lat to nieustanne przeprowadzki. I mimo tego, że tak naprawdę nie byliśmy u siebie, mieszkaliśmy w cudzym mieszkaniu, które było dalekie od wnętrza z okładki dizajnerskiego czasopisma, to przy każdej wyprowadzce płakałam jak dziecko. Bo przywiązywałam się do tego miejsca, bo mieliśmy swoje wspólne wspomnienia. Gdy mieszkaliśmy w 26 metrowym mieszkaniu w Krakowie, w którym absolutnie nie było miejsca na choinkę, to zaraz przed świętami ubraliśmy kwiatka, którego dostaliśmy od przyjaciółki zaraz po wprowadzeniu. Zmieścił na sobie zaledwie sześć małych bombek, ale i tak było cudownie. 😉

    Lubię to

  3. Pepco, Biedronka i Tiger, jeśli jest w okolicy – niedrogo można obcy kąt zrobić bardziej swój 🙂 W Biedronce dorwalam kiedyś koc-futro w granatowym kolorze, cudo 😉 poza tym ulubiony kubek do kawy to ważna rzecz!
    Doświadczenia z przeprowadzkami nie mam, bo z rodzinnego domu wyprowadziłam się do małżeńskiego mieszkania, a tu wszystko, co nowe, to nasze i czułam się u siebie od samego początku 🙂
    Polecam szukanie mebli/ozdob/kwiatow na olx, bo często za śmieszne pieniądze można dorwać coś ekstra. No i ja lubię jeszcze szlifować i malowac, przy odrobinie czasu można pokusić się o odnowienie szafki i zrobić coś po swojemu 🙂

    Lubię to

  4. Jestem przykładem na to, że szewc bez butów chodzi. Skończona szkoła projektowania wnętrz, a ja nawet we własnym mieszkaniu mam sporo rozwiązań tymczasowych i innych prowizorek. Ale zapewne jest to pokłosie tułaczki, którą prowadziłam przez klika lat, a podczas której moim celem było zmieścić dobytek w plecaku. Dużym, bo dużym, ale plecaku. Sporo rzeczy codziennego użytku też zostawiłam, bo koszt przewozu czy przesyłki był wyższy niż ich wartość. I w ten sposób dość mocno przestałam przywiązywać się do rzeczy. W rezultacie jedyne, co potrzebuję, by czuć się u siebie to świadomość, że dane miejsce jest w jakimś sensie moje. Z własnym mieszkaniem to nie problem: mam akt notarialny 😉 A wcześniej z wynajmowani też sobie radziłam podobne: tu mieszkam, to tu mieszkam. Więc moje.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s