Otworzyć się

modlitwa

Prosiliście mnie o tekst dotyczący modlitwy małżeńskiej/w związku. Mój Tato poprosił mnie o tekst dotyczący wspomnień z pobytu u hiszpańskiej rodziny w Urdzie (podczas Światowych Dni Młodzieży w Madrycie). Z tekstem o modlitwie noszę się już jakiś czas, napisałam szkice, powrzucałam Wam grafiki, ale nadal nie tak opisałam to wszystko, co chciałam przekazać. Co do hiszpańskich wspomnień stricte związanych z rodziną, to chyba jest ich już zbyt mało i są zbyt chaotyczne, by poświęcić im osobny wpis. Mój mózg dokonał symbiozy. Ale do rzeczy…

Hiszpańska rodzina. Opowiadałam Wam w filmie z Memory Boxem, że powitanie przerosło moje najśmielsze oczekiwania: mieszkańcy Urdy stali pod kościołem z kartkami z wypisanymi naszymi imionami. Ja trafiłam do mamy Marii Jesus, taty zwanego Manolo i dwóch braci: Manuela i Eduardo. Bardzo życzliwi, uśmiechnięci ludzie! Tylko chłopcy jacyś tacy nieśmiali. Cóż im się dziwić? Obca dziewczyna w domu, trzeba jej oddać pokój i próbować się komunikować po angielsku. Mój hiszpański ograniczał się (i ogranicza się w dalszym ciągu) do zwrotów podstawowych i rozumienia wypowiedzi z kontekstu kilku słów. Dlatego, choć rodziców hiszpańskich wspominam cudownie, to zamieniłam z nimi (jak na moje możliwości słowotokowe) niewiele zdań. Warto zauważyć, że spędziliśmy razem tydzień i zapewniam Cię, Drogi Czytelniku, czułam się kochana (z każdym uśmiechem i ciepłym spojrzeniem), obdarzana troską („Chcesz sobie zrobić pranie?”, „Smakowało śniadanie?”, „Chcesz wziąć coś do picia na drogę?”) i mimo wszystko rozumiana (próbowano się ze mną komunikować, zagadywać o moje odczucia z wycieczek, odbiór kultury hiszpańskiej itd.).

Ci ludzie ze zdjęcia powyżej otworzyli dla mnie drzwi swojego domu, otworzyli dla obcej dziewczyny swoje serca i podzielili się wszystkim, co mieli: dachem nad głową, obecnością, posiłkiem, troską i miłością. Mimo, że nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka. Wspólny był cel, wyznawane wartości, czas i przestrzeń. Czasem nie smakowała mi jakaś regionalna potrawa, czasem nie miałam siły włóczyć się po mieście o 21, czasem słodkie śniadanie ciążyło mi na żołądku, czasem chciałam zażartować, a nie wiedziałam jak. Nie szkodzi. Błogosławiony czas.

***

modlitwa1

Modlitwa wspólna. Zanim wywlokę osobiste wywody… Modlitwa. Razem i osobno. Dbać i pielęgnować poprzez wyrobienie sobie wspólnego nawyku. Możliwych do podjęcia się form jest tyle, ile ludzie mają charyzmatów. Nam (przede wszystkim mi) najbardziej odpowiada modlitwa błagalno-dziękczynno-przepraszająca. Modlitwa na pewno inna jest ta w związku oraz w małżeństwie.

Widziałam piękną grafikę Piotra Kropisza, na której jest przedstawiona relacja żona – mąż – Bóg poprzez wpisanie tych osób w trójkąt. Znany obrazek? Ano, znany. Jednak jest i druga grafika, ilustrująca fakt, że im bliżej są małżonkowie tego wierzchołka oznaczonego jak „Bóg”, tym zmniejsza się dystans między nimi. Prawda? Prawda! Nie będę się więc rozwodzić nad sensownością modlitwy w związku. Ten sens jest oczywisty.

***

Mój mózg generuje symbiozę: życie z hiszpańską rodziną a modlitwa wspólna (z małżonkiem, chłopakiem). A mianowicie… Dwie osoby, które się ze sobą wiążą pochodzą z różnych domów, środowisk, regionów Polski, świata i przede wszystkim charyzmatów. Jedni są przyzwyczajeni do „siusiu, paciorek i spać”, inni do ćwiczenia dobrej śmierci, a jeszcze inni do codziennej Mszy Świętej. Są i tacy, którzy jak widzą wieżę kościelną, to wpisują w GPS jakby tu ją ominąć. To zderzenie dwóch światów wymaga otwartości – przede wszystkim serca – na inność współmałżonka, wybranka.  To zderzenie wymaga także ofiary ze swojej obecności (jedni wolą medytować nad Pismem ranem, inni zagłębiają się lekturę duchową wieczorem, a jeszcze inni wyrywają godzinę z dnia na adorację w kościele), przestrzeni (stół w jadalni, klęczki przy łóżku, czy pobliski kościół), troski (czy ta druga osoba dobrze się czuje z obranym wspólnym kierunkiem rozwoju duchowego – w tej wspólnocie, na tego typu rekolekcjach, w formie codziennej modlitwy) i miłości (oddaniem czasem swojego własnego „ja”, ze swoimi potrzebami i każdym „ale” na rzecz komfortu i wzrastania w wierze tej drugiej połówki).

I nie zawsze się dogadacie: jak ja z moją hiszpańską rodziną. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, Drogi Czytelniku, ile zajęło mi czasu, by pierwszego dnia wytłumaczyć, że ta oto puszka jest prezentem, a prezenty daje się na wyjazd, ale jest gorąco, więc trzeba ją schować do lodówki, bo tam są czekoladowe cukierki z Polski. Ile się upociłam, żeby dotarł komunikat, że to nie jest coś mojego na przechowanie w ich lodówce, tylko to jest prezent dla nich! Po tej słownej przepychance nauczyłam się konkretyzować i skracać swoje wypowiedzi, zarazem ubierając je w jak najprostsze słowa. Czy nie o to chodzi w modlitwie? By nie przegadać Pana Boga, ale wysłać mu komunikaty: tu są moje troski, obawy, lęki, tu jest moja wdzięczność, a za to przepraszam i się wstydzę? Ale jak tu powiedzieć o tym wszystkim przy bliskiej osobie? To bardzo intymne i zwłaszcza tę intymną część pozostawiłabym już na okres modlitwy małżeńskiej. Będąc w parze można prosić i dziękować za takie tu i teraz – drążyć temat warto później. Dlaczego? Bo (nie daj Boże) ten związek się rozpadnie, a tamten człowiek odejdzie z naszego życia, zabierając wszystkie zranienia, głęboko skrywane obawy i lęki etc.

Często się mówi, że Pan Bóg wie o nas wszystko, więc po co Go jeszcze prosić itd. Ano, ta hiszpańska rodzina też miała wystarczający zasób informacji o mnie: wiek, płeć, wykształcenie, pochodzenie… A jednak sama obecność żąda potwierdzenia: uśmiechu, położenia ręki na ramieniu, zapytania, czy nie pomóc przy zmywaniu naczyń, większego zainteresowania się przeżywanym tu i teraz. I nawet jeśli nie można się dogadać, bo bariera wstydu, bo bariera języka, bo bariera kultury, to zawsze znajdzie się droga do porozumienia: pojedynczym słówkiem, mimiką, gestem. Można także znaleźć pośrednika. Tym pośrednikiem będzie tłumacz lub forma. Tłumaczem naszej relacji z Panem Bogiem, tłumaczem na linii ja- małżonek – Pan Bóg może być spowiednik, kaznodzieja, cytat z Pisma. Formą natomiast litania, różaniec, pacierz. Zawsze znajdzie się wspólna droga do porozumienia.

***

My jesteśmy młodym małżeństwem (to moja wymówka) i wciąż docieramy się w wielu kwestiach – także tej związanej z modlitwą. Ustanowiłam mojego Męża przewodnikiem duchowym tej rodziny. To on pierwszy, wychodząc do pracy, naznacza moje czoło i brzuch znakiem krzyża. Potem czynię to ja. To od niego wymagam rozpoczęcia modlitwy wieczornej (z racji na prowadzenia auta, tę w drodze inicjuję ja, a jemu zostawiam przewodnictwo). To on troszczy się o czas na spowiedź, kiedy napomknę, że chciałabym się wyspowiadać i to on mnie do któregoś ze stałych konfesjonałów zawozi. To on od czasów jeszcze przyjaźni inicjuje modlitwę przed posiłkiem. Brzmi patetycznie, a w rzeczywistości często o tej modlitwie (zwłaszcza wieczornej) zapominamy. Łatwiej było w fazie zauroczenia i wspólnej drogi do małżeństwa. Jednoczyliśmy się w ten sposób za pośrednictwem Pana Boga. Teraz troszkę wsysa nas wir codzienności, zmęczenia itd. Na szczęście mamy wspólnotę, w której możemy razem duchowo wzrastać – to jest nasz tłumacz, to jest nasza przestrzeń i czas otwierania się.

***

Nie wiem na ile ten tekst usatysfakcjonował Cię, Drogi Czytelniku (i Tato). Nie mam tyle odwagi, by opublikować na blogu jeden ze szkiców, stanowiący intymne świadectwo naszej małżeńskiej drogi ku modlitwie. Nie mam wiedzy z zakresu katolickiego poradnictwa małżeńskiego czy duchowości małżeńskiej, by obiektywnie przedstawić najlepsze dla małżonków formy modlitwy. Wiem, że potrzebna jest modlitwa ta indywidualna – za tych, którzy nas o nią poprosili, za małżonka bez „wynoszenia się”: „Patrz! Jak ja ładnie się za Ciebie modlę!”, za siebie bez obarczania małżonka niektórymi troskami (których może jeszcze nie jest w stanie zrozumieć, których się wstydzimy). Wiem, że potrzebna jest modlitwa ta wspólna – by budować tę wspólnotę małżeńską, by dzielić się między sobą i Panem Bogiem tym, co ważne, niepokojące, radujące, by formować się razem, iść drogą Zbawienia ramię w ramię – bez rywalizacji, wyprzedzania czy kopania leżącego. To także duża lekcja pokory stanowiąca podwaliny dla „my”.  Tyle. Nic więcej nie wiem. Wszystkiego się uczę.

Jestem ciekawa Waszych doświadczeń, Waszego drążenia tematu, Waszych sposobów otwierania się. Dajcie znać (nawet prywatnie!).

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Otworzyć się

  1. Moje doświadczenie…to właśnie wspólna modlitwa na dużą odległość. Wyznaczyliśmy sobie w pewnnym punkcie z panem S., że będziemy codziennie o 22 modlić się dziesiątę różańca wspólnie. Na początku działało pięknie! Bo też pracowaliśmy i studiowaliśmy kończąc pracę „o normalnych” porach czyli po 15, 16. Od kiedy zmieniliśmy pracę i nasza 22 często stanowi kolejną godzinę w pracy jest trudniej…Już nie ma codziennego telefonu zdyszanego głosu „to już, zaczynamy Ojcze nasz”, jest tylko czasem sms zapomniałem, dopiero zaczynam i jest to środek nocy…. Ale niezmiennie o tej modlitwie wspólnej za siebie chcemy pamiętać. Czasem zamiast wyniosłych słów jest to cytat z Liturgii dnia na dzień dobry, czasem jest to pójście na mszę…czasem w łączności lądujemy tam razem, chociaż nie planowaliśmy.
    Różnie. Docieramy się..Chociaż odległość nas przytłacza i to utrudnia wspólne wyjścia do Kościoła to nie poddajemy się.
    Walczymy. Codziennie z Bogiem.:)

    Pokój i dobro!+

    Polubienie

  2. U mnie z modlitwą bardzo różnie. Ta osobista mocno kuleje, nie zawsze mi się udaje wydusić z siebie więcej niż kilka słów zanim zmorzy mnie sen. Wiem, że zmęczenie i zabieganie to nie jest wymówka, nie mniej jednak czuję się trochę „na pustyni” i wciąż szukam swojej drogi. Modlitwa we dwoje ogranicza się do pacierza, oraz chwili modlitwy w ciszy. Czasem przeczytamy Pismo Święte, czasem razem zmówimy Koronkę albo Różaniec. Nie mniej jednak doceniam ten prosty pacierz, bo w momencie kiedy nie miałam siły na żadną modlitwę Mój Ukochany brał mnie i prowadził w tej modlitwie jak Tata kiedy byłam mała. Msza Święta prawie zawsze przeżywana razem, z pocałunkiem na znak Pokoju, oraz Spowiedź – mamy tę intuicję – „idziemy do spowiedzi, no nie?”. Mam nadzieję że wraz z rozwojem naszej relacji, z powiększeniem rodziny i osobistym dojrzewaniem, nasza relacja z Bogiem będzie coraz lepsza, a my będąc bliżej Niego, będziemy bliżej siebie. Myśląc także o zbliżającym się życiu Małżeńskim, myślę że formą modlitwy może być nasza codzienność. „proszę, przepraszam, dziękuję, kocham” Poświęcenie, praca, oddanie. Myślę że kościół domowy będzie właśnie naszą drogą do Nieba (szczerze mówiąc nie przepadam za wspólnotami) Tak czy owak, jak pobędę trochę żoną, do dam znać czy coś się zmieniło 🙂

    Polubienie

    1. Podziel się koniecznie!
      Bardzo mnie cieszy, to „prowadzenie w modlitwie” przez Ukochanego. Zasłyszałam kiedyś u Pulikowskiego, że mężczyzna jest przewodnikiem w wierze dla dzieci. Więc warto, by poćwiczył na nas – małżonkach 🙂
      Domowy Kościół ma tak samo wielką wartość, jak uczestniczenie w życiu wspólnoty. Po prostu jednym potrzeba wspólnotowości, innym ona przeszkadza w drodze ku Zbawieniu.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s